piątek, 23 lutego 2018

Flet


Pierwsza zasada bezpieczeństwa na ulicy - nie interesować się obcymi. Nauczyciele się tym zajmą, uczniowie zaś proszeni są o powrót do domu natychmiast po skończeniu zajęć.
Franek siedział w małym sklepie spożywczym naprzeciwko szkoły, z twarzą wlepioną w okno. Obserwował czarny kształt stojący pod drzewem niedaleko wyjścia z podstawówki. Leon tymczasem wybierał ciastka przy kasie.
Czarny kształt pod drzewem był mężczyzną w średnim wieku w płaszczu z postawionym kołnierzem i kapeluszem, który kojarzył się chłopcom z mafią. Jegomość pojawiał się każdego popołudnia mniej więcej w czasie ostatnich lekcji klas drugich i stał pod drzewem, obserwując wychodzących uczniów. Gdy nadchodził koniec lekcji piątoklasistów, podejrzany osobnik się ulatniał. Franek postanowił dowiedzieć się, gdzie.
- Pedofil - skwitował Leon gdy o tym rozmawiali pewnego dnia jeszcze z paroma osobami z klasy. Kiedyś słyszał to określenie w telewizji. - Pewnie szuka następnej ofiary - dodał cicho, pukając się w bok nosa. Często widział, jak jego ojciec tak robił rozmawiając o polityce. Oznaczało to "szemrane sprawy", wyjaśniał.
Domysły nie zaspokajały ciekawości Franka i takie rozmowy jedynie bardziej zachęcały go do sprawdzenia teorii kolegów. Po przeczytaniu niezliczonej ilości kryminałów, zwłaszcza o Sherlocku Holmes'sie oraz jeszcze większej ilości fantastyki, wreszcie nadarzała się okazja do przeżycia czegoś ciekawego. Jego szósty zmysł zwietrzał przygodę. Nie mógł powiedzieć "nie" na takie zaproszenie. Zresztą, i tak nie miał nic ciekawego do roboty.
Tak więc z nudów i niepohamowanej ciekawości uciekł z dwóch ostatnich lekcji i stał teraz w oknie sklepu, z oczami wlepionymi w podejrzanego jegomościa. Kosztowało to dużą część kieszonkowych Leona, który, gdy sprzedawczyni chciała ich wyrzucić z lokalu, postanowił kupić ciastka. Obecnie wybierał trzecią paczkę. Franek kiedyś mu się odwdzięczy.
W końcu rozległ się dzwonek oznajmiający koniec lekcji i ze szkoły powoli zaczął wypływać strumień rozgadanych dzieciaków. Mężczyzna poczekał aż dzieciaki przestały wychodzić po czym ruszył spacerowym krokiem w wydawałoby się losowym kierunku. Franek poczekał, aż dojdzie do przejścia i zatrzyma się na światłach dla pieszych po czym pobiegł po Leona.
- Idziemy! - zawołał. Złapał go za rękę i wyciągnął za sobą ze sklepu.
Podeszli do świateł jak gdyby nigdy nic i stanęli tuż obok śledzonego. Ten nie zwrócił na nich uwagi. Marudząc na cenę ciastek przeszli z nim przez ulicę po czym Kowalewski skręcił w lewo.
- Przecież on poszedł prosto... - zaczął Wakowski niepewnie. W odpowiedzi został brutalnie wepchnięty w krzaki.
- No przecież nie będziemy iść z nim! - syknął Franek. Pokazał przyjacielowi by się nie ruszał i sam wyjrzał na chodnik. Po chwili znów wyszedł z ukrycia ciągnąc za sobą coraz bardziej nieszczęśliwego towarzysza.
Jegomość niespiesznym krokiem szedł wzdłuż parku. Gdy dochodzili do skrzyżowania, chłopcy dostrzegli dwie dziewczynki z ich szkoły, wyglądające na nie więcej niż drugą klasę. Obcy najwyraźniej szedł za nimi.
- Mówiłem! - mruknął Leon dumnie. - Ja zawsze mam rację.
Jegomość skręcił za uczniami. Gdy zatrzymały się przy bramie w której mieszkała jedna z dziewczynek, schował się w drzwiach małego pubu. Chłopcy zatrzymali się chwilę wcześniej, udając, że oglądają torty na wystawie piekarni. Po chwili śledzone pożegnały się i jedna poszła dalej, druga zaś otworzył drzwi i weszła do budynku. Mężczyzna wyszedł z ukrycia, stanął na chwilę przed bramą i wpatrywał się w nią, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół, po czym zawrócił. Minął Leona i Franka i ruszył dalej drogą powrotną, tym razem jednak zamiast w stronę parku skręcił odwrotnie.
- Idziemy! - zawołał Franek ruszając. Po chwili zawrócił i trzepną towarzysza wciąż wlepionego w okno w głowę. - Nie możemy go zgubić! - burknął.
- Ale torty... - jęknął Leon, posłusznie jednak poszedł za kolegą.
Następnym celem mężczyzny był obszar działkowy nad rzeką. Przeszedł cały wydeptany trakt pośród krzaków i starych metalowych furtek. W końcu otworzył jedną z nich, na samym końcu, dokładnie na przeciwko małego przejścia prowadzącego dalej na wały nad Odrą. Franek poczekał w stosownej odległości aż zniknie w krzakach i podbiegł do wejścia. Spróbował pociągnąć za klamkę. Ku jego zdziwieniu bramka otworzyła się z cichym skrzypnięciem.
- Bez sensu - mruknął cicho. Wzruszył jednak tylko ramionami i już miał przez nią przejść, gdy poczuł na ramieniu dłoń.
- Odbiło ci?! - syknął Leon. Był blady niemal jak ściana. - Przecież nie możesz tam sobie wejść!
- Jak to nie? Było otwarte - odparł Kowalewski. - Nie chcesz włazić to nie, nawet lepiej.
Leon przez chwilę bił się z myślami. W końcu odstąpił od przyjaciela ze smutną, ale zaciętą miną. - Idę do domu - zadeklarował.
- Spoko - odparł Franek wzruszając ramionami. - Do jutra. - po czym zniknął w zielonym gąszczu.
Od furtki prowadził ścieżka. Albo raczej wąska przestrzeń wolna od roślin. Zaraz za gęstymi krzewami znajdowała się malutka działka, na której stała malutka drewniana budka pomalowana na czerwono. Gdy chłopiec wychylił się z krzaków, mężczyzna akurat wchodził do środka. Po dłuższej chwili z wnętrza rozległ się stłumiony dźwięk piszczałki. Gość najwyraźniej uczył się grać na flecie. Cały czas grał tą samą melodię, i za każdym razem Franek łapał się na tym, że zupełnie się w nią zasłuchiwał, dopóki tamten się nie pomylił. Wtedy nagle świat jakby wracał na swoje miejsce.
Niedługo jednak trwało zanim chłopiec się znudził i poszedł do domu. Śledzenie dziwnego obcego spod jego szkoły okazało się mało owocne, wracał więc w raczej nienajlepszym humorze. A jakby tego było mało, zaczęło jeszcze padać.
Może jednak coś było w gadaniu dorosłych, że interesowanie się obcymi nie prznosi niczego dobrego.

* * *

Mężczyzna pojawiał się pod szkołą jeszcze przez tydzień. Za każdym razem w tych samych godzinach wybierał sobie przypadkowe dziecko, za którym podążał aż do jego domu. Jeśli mieszkało blisko "parku ze stawem" jak go nazywali dzieciaki ze szkoły Franka, gość wyciągał kieszonkowy notesik i coś w nim zaznaczał. Następnie udawał się do swojej budki na działce. Kowalewski w końcu znudził się śledzeniem go i po czterech kolejnych dniach poddał się i dał sobie spokój. Przygody nie będzie.
W pewnym momencie obserwator zniknął. Było to tak niespodziewane, że Franek zorientował się dopiero w połowie tygodnia, nie będąc pewnym, czy był to pierwszy dzień jego nieobecności, czy może nie było go cały tydzień. Jak tylko skończyły się lekcje, postanowił pójść do domku na działce i sprawdzić, czy nadal ktoś tam jest. Chciał zabrać ze sobą Leona, ten jednak pomarudził coś o obowiązkach w domu i gdy zabrzmiał dzwonek kończący ostatnią lekcję dosłownie uciekł ze szkoły. Tak więc Franek poszedł sam.
Dźwieki fletu prostego usłyszał jeszcze zanim przedarł się przez krzaki prowadzące do budki. Melodia wydawała się być raczej prosta, było w niej jednak coś, co sprawiło, że chłopak stanął w pół kroku i słuchał. Świat jakby się zatrzymał. W głowie nie zostało mu nic. Przypomniał sobie przedszkole. Jego grupa miała dwie opiekunki: jedna była okropną wiedźmą, która całe przedpołudnie zajmowała im czytaniem, dyktandami i dodawaniem. Po obiedzie przychodziła druga wychowawczni, z którą szli na półpiętro, siadali wokół pianina i śpiewali. Lubił te popołudnia.
Miał ochotę pójść zobaczyć, kto gra, i nie odstępować go choćby na krok.
Muzyka ucichła. Gdy w powietrzu rozeszły się ostatnie tony, chłopaka uderzyło niesamowite poczucie jakby straty. Dużo by zrobił, żeby znów usłyszeć flet. Szybko mu jednak przeszło. Po piętnastu minutach stania w krzakach w końcu się znudził i poszedł do domu.

* * *

Dochodziła trzecia nad ranem. Franek siedział w pokoju przy biurku z zapaloną lampką przyczepioną do kantu blatu i grał na przenośnej konsoli. Jedynym dźwiękiem była ośmiobitowa melodyjka na minimalnym poziomie, cichy stukot klawiszy i skrzypienie krzesła na którym chłopiec wiercił się co chwilę. Na ekranie miał przed sobą ostatniego bossa którego obiecał sobie pokonać przed pójściem spać. Jak do tej pory walka nie kończyła się dobrze.
W pewnym momencie ciszę nocy zmącił nowy dźwięk. Z początku był bardzo cichy i Franek zupełnie nie zwrócił na niego uwagi, będąc bez reszty pochłoniętym obserwowaniem malejących pasków zdrowia jego postaci. Dźwięk jednak zbliżał się i w końcu stał się wyraźny, jakby jego źródło znalazło się pod oknem Kowalewskiego. Odłożył konsolę i zerknął na ulicę.
Przez ulicę szedł pochód dzieci w piżamach. Poruszały się jednostajnym, miarowym krokiem, jakby lunatykowały. Niektóre rozpoznał ze szkoły, inne musiały być z Jedynki niedaleko. Nie było z nimi żadnego dorosłego.
W tym momencie usłyszał muzykę. Znajoma melodia grana na flecie prostym, którą słyszał na działce dziwnego mężczyzny obserwującego ich szkołę. Szedł w sporym oddaleniu przed grupą, dlatego Franek nie dostrzegł go od razu. Gdy tylko ponownie zaczął grać, chłopak poczuł ogromną chęć podążenia za nim. Dodać do tego jego wrodzoną ciekawość, i w sekundę ubrał buty, zarzucił bluzę i wybiegł z mieszkania.
Dzieci skręciły i szły obecnie w stronę kościoła w parku. Kowalewski dołączył do nich i maszerował na samym końcu. Przyjrzał się niektórym z nich. Miały półprzymknięte oczy o niewidzącym spojrzeniu, co trochę go przestraszyło. Wyglądało to tak, jakby były zahipnotyzowane. Ale przecież nie można zahipnotyzować aż tylu osób jednocześnie, prawda?
Nagle poczuł lekkie ukłucie z tyłu głowy. Odwrócił się, jednak nikogo za sobą nie zobaczył. Muzyka stała się jakby przytłumiona, a przecież mężczyzna wcale nie był tak daleko, z ulicy widział, jak mija główne wejście do kościoła z zamiarem okrążenia budynku. Lekkie mrowienie w uszach które pojawiło się gdy tylko przystanął sprawiło, że aż krzyknął zaskoczony.
"...dź tam".
Nie był pewien, czy to usłyszał, w każdym razie słowa pojawiły się w jego umyśle, wchodząc jak gdyby nigdy nic i zajmując centrum uwagi. Potrząsnął głową i ruszył ponownie za dziećmi.
Przez cały czas miał irytujące wrażenie, że ktoś jest tuż za nim, jednak gdy zerknął parę razy za siebie, nikogo nie zauważył. W dodatku, gdy znalazł się bliżej grającego magiczną melodię, poczuł, jakby coś ciepłego zasłoniło mu uszy, choć gdy sprawdził, nic tam nie było. Ciekawość jednak wygrywała z tymi pomniejszymi niewygodami i ignorując je, chłopiec szedł z tłumem dzieci.
Grajek zaprowadził tłum na wzgórze w parku niedaleko, zwanego przez wszystkich "Dużym Parkiem". Nazwa brała się z prostego faktu, że było to o wiele większe miejsce niż skwer, w którym znajdowała się szkoła Franka. Był tam też staw z wysepką na środku zaraz pod wzgórkiem. Mężczyzna okrążył pagórek ścieżką z prawej strony po czym wspiął na szczyt. Dzieci idące prosto za nim rozstawiły się w półkolu na trawniku tuż przed nim. Wtedy spośród drzew wyszedł inny jegomość, najwyraźniej czekający na nich. Chodził wśród zebranych i rozdawał im kartki.
- Będziecie śpiewać do melodii - mówił tonem wychowawcy w przedszkolu chcącego namówić wszystkich do wspólnej aktywności. Dzieci słysząc to ochoczo wczytywały się w tekst w nieznanym języku.
- Przecież tego nie da się odczytać - stwierdził Franek. Zgniótł kartkę i wyrzucił za siebie. Wszedł w tłum i korzystając z tego, że wszyscy stoją, przyjrzał się bliżej zebranym rówieśnikom. Wszystkie miały otwarte oczy, jednak zdawało się, że nadal śpią. Prawie natychmiast po otrzymaniu tekstu zaczynały czytać go na głos, pod nosem, jakby świetnie znały dziwny język, w jakim był napisany. Choć Franek pchał je i ciągnął za włosy, był zupełnie ignorowany, chyba że próbował zabrać im tekst. Wtedy się denerwowały.
Melodia na chwilę ustała. Wszyscy jak na komendę popatrzyli na mężczyznę na szczycie wzgórza. Ten odwzajemnił spojrzenie i uśmiechnął.
- Śpiewajcie - rzucił. Podniósł flet z powrotem do ust i zaczął grać od początku.
W niebo podniosły się liczne, z reguły fałszywe, przepełnione naiwną wiarą i niepewnością, dziecięce głosy. Gdy doszły do końca pierwszej wzrotki, Franek usłyszał cichy pomruk, jakby sama ziemia postanowiła przeczyścić gardło i dołączyć do chóru. Odwrócił się i spojrzał na szczyt.
Za flecistą zabłysło jasnoniebieskie światło, przez które mężczyzna wyglądał jak cień. Gdy Kowalewski podszedł tam, jego oczom ukazał się długi prawie jak wybrukowany szczyt świetlisty okrąg. W środku krążyło coś jak mgła. Im dłużej dzieci śpiewały, tym szybciej wszystko w środku wirowało, aż w końcu cały krąg zapłonął oślepiającą bielą. Zaraz potem rozległ się głośny ryk bestii.
Chłopak ujrzał najpierw długie, jelenie rogi, które podnosiły się z ziemi coraz wyżej. Zaraz po nich pojawił się podłużny pysk. Przypominało to wynurzanie się czegoś z głębokiej wody. W niebo wystrzeliła ogromna łapa, która uderzyła w ziemię z przeciwnej i zaczęła ją ryć w poszukiwaniu oparcia. Chwilę później podobne ramię wyrosło tuż przed Frankiem. Zaskoczony chłopiec był w stanie jedynie patrzeć, jak spada na niego.
- Nie ma szans żebym stracił drugiego dzieciaka w tym tygodniu!
Kątem oka Franek zarejestrował rozbłysk światła tuż za sobą, tym razem złotego. Poczuł jak czyjaś ręka odpycha go do tyłu, zaś w miejscu gdzie jeszcze przed chwilą stał pojawił się młodzieniec w białej todze, ze skrzydłami wyrastającymi z pleców i z półtoraręcznym mieczem w dłoniach, którym chlasnął ogromną łapę. Stwór wychodzący z kręgu zawył i cofnął zranioną rękę z powrotem, na drugiej zaś próbował wydźwignąć się na powierzchnię.
- O ja cię nie mogę - wyrwało się Frankowi. Pośpiesznie stanął na nogach. - Anioł!
- Twój anioł stróż, ściślej mówiąc - odparł niezwykły przybysz. - Który niestety nie ma zbyt lekko.
- Będziesz walczył z tym potworem? - chłopak skakał wokół swego obrońcy i ciągnął za togę, sprawdzając, czy skrzydlaty jest prawdziwy.
- Wolałbym nie - odparł ten niepewnie. - I jeśli zrobisz to, co ci każę, nie będę musiał.
- Dawaj! - Franek niemalże piszczał z ekscytacji. - Co tylko trzeba! Wiesz jak obudzić dzieciaki? Stłuc flecistę? A może...
- Po prostu zabierz mu instrument - przerwał mu anioł. Podszedł do krawędzi kręgu i kopnął stwora między oczy, wpychając go z powrotem trochę niżej. Odskoczył pospiesznie, gdy stwór kłapnął paszczą próbując odgryźć kopiącą go nogę.
- Dobra! To idę! O ja cię!
Flecista stał dokładnie tam, gdzie wcześniej, jakby w ogóle nie zdając sobie sprawy, co się dzieje wokół niego. Zamknął oczy i zupełnie oddał się muzyce. Podniósł głowę dopiero, gdy Franek stanął tuż przed nim.
- Co jest? - spytał zaskoczony. - Powinieneś stać tam z resztą...
Chłopiec przerwał mu uderzeniem w brzuch, po czym gdy mężczyzną zgiął się wpół, wyrwał mu flet z rąk. Pędem ruszył w dół wzgórza. Dzieci wokół niego powoli, jedno po drugim, zaczynały tracić resztki przytomności i padały na ziemię. Franek zbiegł na dół i zatrzymał tuż przy stawie, z nagłą realizację faktu, że nie wie, co ma dalej zrobić z fletem. Zawrócił i wspiął się z powrotem na górę.
Anioł świetnie sobie radził z przyzwanym potworem. Ponieważ inkatacja nie została dokończona, jedyne co musiał zrobić skrzydlaty, to wymyślić, jak zamknąć portal. Jak na razie wciąż zmagał się z bestią, próbując wepchnąć ją tam, skąd próbowała wyjść.
- Co mam zrobić z fletem? - zawołał Franek stając tuż koło kręgu. Jego stróż odwrócił głowę i spojrzał na niego zaskoczony. Oberwał rogiem w żebra i zatoczył parę kroków w dół, ledwie łapiąc równowagę.
- Jak to co? - zawołał. Wziął głębszy oddech i wyprostował się, co najwyraźniej sprawiło mu sporo bólu. - Zniszcz! Złam! Albo chociaż wrzuć do stawu! Tak! - machnął skrzydłami i wzbił się w powietrze. - Najbezpieczniej będzie wrzucić do wody. Tylko daleko! - skierował się ponad krąg. Najwyraźniej szykował się do szarży. Franek jednak nie czekał, by to zobaczyć, tylko znów popędził na dół.
- Nie tak prędko - grajek wyrósł przed Kowalewskim jak spod ziemi. Chłopiec nie zdążył wychamować i wpadł w niego. Mężczyzna złapał go za ręce i spróbował zabrać flet.
- Nie wiesz... że nie powineneś... zadzierać... z dorosłymi?! - krzyczał flecista.
- A ty... że nie powinieneś... zadzierać... z dziećmi?! - wrzasnął Franek. Ugryzł przeciwnika w rękę i wyrwał z uścisku. Mężczyzna zawył prawie tak głośno jak stwór z kręgu. Zaraz jednak puścił obolałą rękę i zrobił krok w stronę Franka.
- Oddaj flet - polecił.
Chłopiec przytulił flet do siebie jakby był najcenniejszą rzeczą jaką posiadał i zrobił krok w tył.
- Nawet nie masz pojęcia, w co się pakujesz - mówił flecista. Starał się brzmieć spokojnie. Zrobił kolejny krok do przodu.
Franek spojrzał na mężczyznę, następnie na flet, i znowu na mężczyznę. Podniósł instrument po czym zagrał jedyny dźwięk jaki potrafił. W powietrzu rozległo się głośne, piskliwe C. Flecista aż zatkał uszy. Dzieci, które jeszcze nie padły bez zmysłów w trawę zadrżały, po czym zaczęły zaspanym wzrokiem rozglądać się wokół siebie. Na widok znajomych twarzy pobudzały się i zaraz zasypywały jedno drugie pytaniami o to, co się dzieje.
Kowalewski zagrał drugi raz, po czym wziął instrument w obie dłonie szykując się do złamania go. Flecista widząc to wrzasnął rozeźlony i ruszył w jego stronę. Chłopiec wystawił flet i uderzył go kolanem. Instrument z głośnym hukiem pękł na dwoje. Mężczyzna zawył jak rażony piorunem, następnie padł bez życia na ziemię.
Franek odrzucił części fletu i ruszył w górę wzgórza. Światło okręgu powoli zanikało. Dzieci wokół niego powoli dołączały do tych leżących na ziemi. W końcu została tylko dziewczynka, która stała na jego drodze wpatrzona w anioła unoszącego się w powietrzu. Gdy Franek był tuż za nią odwróciła się do niego. Zaskoczony chłopiec stanął przed nią z niemym pytaniem w oczach.
- Wszystko... gra? - bąknął. Zdał sobie sprawę, że jest ładna. W dodatku wydawało mu się, że skądś ją zna. Co wcale nie ułatwiało sprawy. Bardzo chciał iść do anioła dowiedzieć się, co będzie dalej. Jednocześnie nie spieszyło mu się aż tak, żeby ją zignorować. Fascynował go fakt, że nie zemdlała jak reszta. Gdyby Leon go teraz zobaczył, tarzałby się pewnie ze śmiechu. Myśl ta spowodowała, że tylko bardziej nie wiedział, co ze sobą zrobić.
- Co tu się stało? - spytała dziewczynka. Z ciemnymi włosami sterczącymi na wszystkie strony wyglądała, jakby właśnie wygramoliła się z łóżka, była jednak całkiem przytomna.
- Taki gość grał na flecie i was czarował i wszyscyście przyszli i taki inny kazał wam śpiewać i się zrobiło tam na górze tak wuuuum i jakiś stwór chciał wyjść - powiedział jednym tchem.
- A czemu wszyscy śpią?
- Bo złamałem flet którym ich czarował... - wzruszył ramionami. - Chyba.
- Mhm - mruknęła. Podniosła dłoń w stronę Franka, jakby chciała go pchnąć. Chłopiec popatrzył na nią z zakłopotaniem. Nie bardzo myśląc o tym co robi, wyciągnął swoją rękę i przyłożył do jej. Była chłodna i niewiele mniejsza od jego. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, co się stało. Nagle zrobiło mu się niesamowicie gorąco. Pierwszy raz w życiu dotknął dziewczynki. I wcale nie bolało.
Dziewczynka zachichotała, odsunęła się na krok, po czym odwróciła się i odbiegła. Franek przez chwilę patrzył za nią.
Nagle zapadła ciemność. Jakby ktoś wyłączył cały świat i Franek znalazł się w totalnym nic.

* * *

Zdał sobie sprawę z tego, że leżał. Pod sobą miał coś zimnego, chyba kamień. Nie wiał żaden wiatr, nie słychać było nic, poza jakimiś ludźmi. Brak trawy musiał oznaczać, że nie jest już w parku.
Porwali go? Z pewnością. W końcu flecista nie był sam. Był jeszcze mężczyzna który rozdał wszystkim kartki. Zaraz potem stanął gdzieś z boku nie robiąc nic ciekawego, więc Franek stracił nim zainteresowanie. Może wrócił i porwał Franka jako rewanż za pokrzyżowanie im planu?
Trzeba było działać. Chyba jeszcze nie zauważyli, że jest przytomny. Musi wykorzystać element zaskoczenia. Przez chwilę wsłuchiwał się w głosy wokół siebie. Dwa, trzy... conajmniej cztery osoby. Da radę. Musi zlokalizować drzwi i biec tam czym prędzej. Nic trudnego. W telewizji robią to co chwilę. Zresztą, oglądał Scooby-Doo co sobotę, więc wie, jak się ucieka.
- Ha! - krzyknął i zerwał się na równe nogi. Spojrzał wokół siebie i znieruchomiał. Nie znajdował się w żadnym pomieszczeniu. Z góry padał na niego krąg bladego światła. Wokół, ledwo widoczne stały tworząc krąg krzesła tak wysokie, że nogi siedzących znajdowały się powyżej głowy chłopca. Reszty postaci nie widział z powodu padającego na nie cienia. Siedzeń było dwanaście.
- Obudziłeś się! - obok chłopca stał anioł. Klasnął uradowany w dłonie i z całych sił przytulił Franka. Kowalewski zaparł się rękami żeby się nie udusić.
- Nie powinniście tak robić z ludźmi! - powiedział skrzydlaty oskarżycielsko wyciągając palec w stronę krzesła przed nim. Było najwyższe, co Franek wydedukował po tym, że sandały siedzącego były odrobinę wyżej niż reszta.
- Sam jesteś wszystkiemu winien - odparł mężczyzna. Głos był władczy, zmęczony, nawet może odrobinę poirytowany.
- A to dlaczego? Ja tylko wykonywałem obowiązki...
- Objawiłeś mu się - padła odpowiedź. Tym razem był to ktoś siedzący po prawej stronie Franka. Mówił rzeczowo i przyjaźniej niż przedmówca, jednak nie ujmowało to powagi jego wypowiedzi.
- Tego wymagała sytuacja!
- Sytuacja, którą swoją drogą mogłeś równie dobrze uniknąć.
- Jak?!
- Franciszku? - pierwszy mówca zwrócił się do chłopca. - Czy nie śledziłeś przypadkiem tego, który grał na flecie przed dzisiejszą nocą?
Chłopiec pokiwał głową. Nie był pewien, czy zostanie za to nagrodzony, czy może złajany jak najgorszy rozrabiaka.
- Więc powinieneś wiedzieć - słowa ponownie zostały skierowane do anioła. - Co się może święcić. Trzeba było działać.
- Przecież nie możemy ot, tak sobie ingerować w sprawy ludzi!
- Możemy, jeśli w grę wchodzi świat nadnaturalny. Czyżbyś nie wyczuł mocy zaklętej we flecie?
Anioł spuścił głowę zakłopotany. Jedną nogą zaczął kręcić kółko, założyć ręce z tyłu. Wyglądał jak dziecko w szkole Franka, które wylądowało u Pedagoga. Chłopiec wzdrygnął się na to porównanie. Rozmowa z Pedagogiem była najgorsza.
- Więc?
- Nie... - powiedział stróż Franka ledwie słyszalnie.
- Więc może jednak nie nadajesz się na stróża...
- Nie, chwila, czekaj! - wyciągnął ręce jakby chciał zatrzymać osobę biegnącą w jego stronę. - Przecież Frankowi nic nie jest! Jest cały i zdrowy! Daliśmy radę! Patrz na niego! - złapał Kowalewskiego za rękę i podniósł ją tak, że chłopiec musiał stać na rękach. - Wszystko w porządku!
- Naraziłeś go i objawiłeś mu się. Nie umiesz wyczuć mocy Złego. Straciłeś w tym tygodniu trzech podopiecznych. Podaj mi jeden powód, dlaczego nie miałbym cię wysłać do Chórów Anielskich.
Anioł wręcz jęknął przerażony. Puścił Franka. Wpatrzony w ziemię próbował jeszcze coś wymyśleć na swoję obronę.
- Przepraszam - odezwał się Franek. Stanął pomiędzy swoim stróżem a siedzącym na krześle. - Przemilczymy fakt, jak się świetnie sprawiłem? - wypalił. Prychnął. - Jakiś wariat próbuje czarować moich kolegów i przyzwać jakiegoś stwora rodem z Dooma, a wy tylko o tym, że mój anioł się nie nadaje? Do czego się niby nie nadaje?!
Odwrócił się na chwilę. Skrzydlaty wyglądał, jakby chłopiec właśnie ratował go od bolesnej egzekucji publicznej.
- Może i ma pedalskie blond loczki - podjął znowu Franek. - Ale to nie oznacza, że jest do niczego! Powierzył mi zadanie, a ja poleciałem i zrobiłem co trzeba! Od teraz powinniśmy być zespołem! Będzie świetnie! Będziemy ratować więcej dzieci a może nawet dorosłych i będą przygody i w ogóle! - z zapałem wyrzucił ręce w górę jak prezenter na scenie kończący zapowiedź spektaklu.
- Zresztą, to nie tak, że widziałem go pierwszy raz - dodał po chwili zastanowienia. - Już kiedyś mi migał przed oczami. Tylko nie wiedziałem co to i myślałem że wyobraźnia mi się buja.
Zapadła cisza, w której dało się wyczuć głębokie zastanowienie wszystkich obecnych. Nastąpiło poruszenie na krzesłach, po czym mężczyzna siedzący na najwyższym z nich zeskoczył na dół. Był wysokim brunetem w złotym napierśniku i czerwoną peleryną. Przy pasie miał dwuręczny miecz. Gdy spojrzał na Franka, chłopiec ujrzał w jego oczach jakby nigdy nie gasnący płomień.
- No dobrze. Choć nie uważam, że to dobry pomysł! - zawołał zerkając na postaci ukryte w cieniu. - Ale zrobimy wyjątek. Każdy z nas widzi, że masz... nieprzeciętny potencjał duchowy.
- Potęcjał...? - spytał Franek, jednak został zignorowany.
- Od teraz będziesz widział to, co dla innych jest z reguły ukryte. Co z tym zrobisz, to twoja sprawa... jednak wierzę, że podejmiesz właściwą decyzję - na ostatnie słowa położył wyjątkowo silny nacisk. Ogromna dłoń znalazła się na głowie Franka.
- Ja, Michał Anioł - powiedzał uroczyście. - Generał Sił Niebieskich, Strażnik Ognia i uniżony sługa, za zgodą wszystkich, w imię Boga Najwyższego, mówię ci przejrzyj!
Frankowi zakręciło się w głowie. Miał wrażenie, że z stojący przed nim anioł nagle stał się trzema. Krzesła wokół niego wirowały jak na bardzo szybkiej karuzeli. Powoli, zanim zdążyło mu się zrobić niedobrze, ogarnęła go ciemność.

* * *

Obudził się we własnym łóżku. Miał dziwne wrażenie, że o czymś zapomniał. O czymś ważnym, o czym pamiętać powinien. Przypomnienie sobie tego jednak zupełnie mu nie wychodziło, stwierdził więc, że musiało mu się coś przyśnić, i wstał.
Drzwi do pokoju miał otwarte, co raczej się nie zdarzało. Do tego zobaczył brudne ślady prowadzące z przedpokoju. Popatrzył na swoje stopy. Były niemalże czarne od brudu. Poszedł do łazienki żeby je wyszorować.
Siedząc w wannie powoli jakby wróciła mu pamięć, a przynajmniej jej szczątki. Pamiętał park, flet, wzgórze, potem dużo błysków i... niewiele więcej. Wyszedł z wanny, wysuszył się ręcznikiem i odszukał pastę i szczoteczkę. Wpatrzony zaspanym wzrokiem w lustro próbował przypomnieć sobie coś jeszcze. Była tam jakaś dziewczynka. Rozmawiał z nią, a potem ona wyciągnęła dłoń i...
W pośpiechu wypłukał usta, po czym złapał za szczotkę, nalał na nią mydła i zaczął energicznie szorować prawą dłoń, aż była cała czerwona i zaczęła szczypać. Dopiero wtedy spłukał mydło i wyszedł z łazienki, z mocnym postanowieniem, żeby w ogóle o tej nocy nie wspominać. Nie ważne, czy był to sen czy nie.
Wszedł do kuchni z myślą o zjedzeniu śniadania. Na taborecie siedział młodzieniec w białej todze, czytając gazetę i pijąc kawę. Franek wydał z siebie niezrozumiałe powitanie, zjadł płatki z mlekiem, i wrócił do pokoju żeby się ubrać. Po chwili anioł stanął w drzwiach od pokoju.
- Gotowy? - rzucił.
- No - odparł chłopak niemrawo. Ziewnął potężnie.
- No to w drogę.
I razem ruszyli do szkoły.

środa, 13 grudnia 2017

Bilard

          Był związany, z workiem na głowie, i najwyraźniej gdzieś go nieśli. Albo raczej niósł. Ciągnął. To było najtrafniejsze sformułowanie. Głową leżał na ziemi i tylko narzucony na nią materiał ratował go przed poważniejszymi obrażeniami. Strasznie niewygodny sposób lokomocji, ale wolał udawać, że nadal śpi. Ktokolwiek postanowił na niego naskoczyć, wiedział, co robi.
Ostatnie, co pamiętał, to że był z Lust w sypialni. Dziewczyna próbowała się z nim zabawić przed czym zaciekle się bronił, a gdy tylko go pocałowała, zrobił się strasznie senny. Następnie obudził się w tej nader niekomfortowej sytuacji, nie wiedząc nic, nie słysząc nic poza hałasem na ulicy, i nie widząc prawie nic. Widział jedynie zarys transportującej go osoby. Ciężko było cokolwiek z tego wywnioskować.
         Wniosek z tego wszystiego nasuwał się jeden – ktoś się przygotował. Prawdopodobnie uśpił ich oboje, a że Lust nie była potrzebna, zostawił ją w mieszkaniu. Uśpienie succuba to nie lada wyczyn. Franek sam próbował parę razy, nawet przy użyciu alkoholu. Od tamtej pory ograniczał jej trunków procentowych kiedy tylko mógł.
Z kolei uśpienie jego samego było proste jak małego dziecka. W zasadzie każdy mógł to zrobić.
       Pojawiała się też możliwość, że Lust sama go uśpiła, z sobie tylko wiadomych powodów. Jednak myśl, że dziewczyna mogła działać przeciw niemu odpychał jak najdalej.
- Dobra robota – usłyszał nagle żeński głos. Był władczy, trochę arogancki, a jednocześnie bardzo przjemny. Sprawiał, że chłopak bardzo chciał zobaczyć właścicielkę.
- Cieszę się, że nie wyszłaś z wprawy – ciągnęła. Podszyty kpiącą ironią, jakby zwracała się do kogoś o wiele gorszego od niej, co powinno być zaszczytem samym w sobie. - Widzisz, nie trzeba było się ze mną tak sprzeczać. Myślę, że stanowimy bardzo zgrany duet, jak za dawnych czasów.
     Nie pojawiała się żadna odpowiedź. Chłopak lekko przekręcił głowę i spojrzał na taszczącą go postać. Co jakiś czas zwalniała, jakby coś przeszkadzało jej w marszu. Jej krok przedłużał się jak w starej nakręcanej zabawce gdy sprężyna rozprężała się do końca. Zaraz jednak forsowała krok do końca i wracała do normalnego marszu. Postać idąca za nimi też najwyraźniej w końcu zauważyła to ociąganie, bo wyminęła ich i stanęła przed nimi. - Chyba jednak trzeba cię jeszcze trochę zachęcić.
     Przez chwilę stały blisko siebie, a chłopak usłyszał odgłos całowania. W końcu oderwały się od siebie, a jedna z nich wydała z siebie tęskne westchnienie i cichy jęk.
- Pamiętaj, że jak to załatwimy, czeka cię nagroda – powiedziała lubieżnie. Potem znów stanęła za nimi i popchnęła tragarza. - A teraz ruszaj – rzuciła władczo.
      Znów wrócili do marszu. Zdążył się już znudzić i nawet zaczął rozmyślać, jak mógłby wydostać się z obecnej sytuacji, gdy usłyszał otwierane drzwi. Ciągnąca go postać puściła jego nogi, odwróciła się i zarzuciła go jak worek, głową w dół, i zaczęła schodzić po schodach. Uderzył twarzą w plecy niosącego. Ręce zawisły mu bezwładnie. Wykorzystał to i delikatnie dotknął porywacza. Wyczuł pod palcami ściśle przylegającą do ciała skórę, jednolitą, bez żadnych szwów czy choćby śladu zszytego materiału. Po chwili ostrożnego badania dłonmi mógł się założyć, że niosła go kobieta. Macając dalej odkrył, że ręce wiszą na poziomie końca szlachetnej nazwy pleców. Niewiele myśląc, złapał ręką zgrabny pośladek i ścisnął.
      Porywaczka zatrzymała się. Postać zrobiła to samo i pochyliła się nad nim, co wywnioskował ze słodkiego oddechu, jaki go owionął.
- No no, chyba się budzimy – mruknęła ni to do niego, ni to do siebie. - Chyba cię niedoceniłam. Nie zatrzymuj się – rzuciła do niosącej i pchnęła ją w ramię. Ta po chwili ociągania ruszyła dalej.
- Chyba należałoby się przywitać – mówiła kontynuując marsz. - Jestem Lillith, nazywana przez was Księżycową Panną, i jestem władcą succubów – przedstawiła się tonem nastolatki mówiącej do szkolnej klasy, do której właśnie dołączyła. - Miło poznać – dodała wesoło. - Choć pewnie warunki raczej ci nie odpowiadają.
Franek zastanawiał się nad odpowiedzią, jednak zanim zdążył otworzyć usta, Lillith już mówiła dalej.
- Osobiście, sama wolałabym spotkać cię inaczej. Poznać bliżej... - jej ręka wkradła się mu pod koszulkę i gładziła go po plecach, jak ulubionego zwierzaka. Musiał przyznać, że było to niespodziewanie przyjemne. Jakby jego plecy bardzo tego chciały, ale do tej pory nie zdawał sobie z tego sprawy. Trochę jak przy swędzeniu w miejscu, do którego nie możesz dosięgnąć, i ktoś w końcu cię podrapał.
- Widzisz, mamy wiele spraw do pogadania – mówiła konwersacyjnym tonem, trochę jakby od niechcenia. - Na przykład, jakim cudem sprawiłeś, że mój najlepszy succub postanowił mnie opuścić!
Jej dłoń zatrzymała się na chwilę, zaraz jednak wznowiła pieszczotliwe głaskanie.
- Jednak nie ma to teraz znaczenia – stwierdziła z zadowoleniem. - Ja odzyskałam swój numer jeden, a ty wybierasz się... no właśnie, gdzie? - przerwała na chwilę jakby czekając na odpowiedź. - Powiedzmy, że na małą wycieczkę. Na pewno ci się spodoba!
       Zatrzymali się. Najwyraźniej stali w jakimś sporym pomieszczeniu, co sugerowało chłodniejsze niż na schodach powietrze. Było wilgotno, jakby byli pod ziemią. Jego rozmówczyni zostawiła ich i poszła w głąb sali. Przez chwilę tkwili w zupełnej ciszy, następnie Franek usłyszał jakby cichy grom przetaczający się gdzieś w pobliżu. Niosąca go postać ruszyła przed siebie.
- Postaw go! - zawołała Lillith. Jego tragarz postawił go na nogach i odsunął się. Księżycowa Panna stanęła za nim i zerwała mu worek z głowy. Zobaczył przed sobą nieprzeniknioną ciemność, która ciągnęła się nieskończenie w dół. Nagle poczuł dłonie na szyi i succub poderwał mu głowę do góry. Zobaczył nad sobą podłużną twarz o delikatnych rysach, niebieskie oczy i zmysłowe usta.
- Mam nadzieję, że nie zginiesz – powiedziała Lillith wisząc tuż nad nim. Pocałowała go, najpierw delikatnie, potem z coraz większym uczuciem, wręcz agresywnie. Nagle przestała i odwróciła go.
- Liczę na przyjemną znajomość – powiedziała odsuwając się nieznacznie. Kiwnęła ręką, by osoba za nią podeszła bliżej. Obok władczyni succubów stanęła Lust. Miała na sobie skórzany jednoczęściowy strój succuba, zaś na szyi Franek dostrzegł chokera. Zdawał się emanować jakby czarnym światłem. Lillith stanęła za nią. - O nią się nie martw! - dodała. - Lust, tak? Zabawne imię jej nadałeś – mówiąc to przytuliła się do niej od tyłu. - Teraz będzie w dobrych rękach. - Rozpięła jej zamek, rękę wsadziła pod strój i położyła na piersi. Dziewczyna zadrżała, oczy jej się zaszkliły jak od łez, zacisnęła pięści jakby w bezsilnej złości, jednak stała zupełnie nieruchomo. Jakby nie mogła się poruszyć. Lillith drugą rękę położyła między nogami succuba i zaczęła pieszczotliwy masaż. Przechyliła się nad ramieniem dziewczyny i ustami sięgnęła jej ust. Lust zamknęła oczy. Otworzyła dłonie, które zwisały teraz bezwładnie, jakby w końcu się poddała. Przechyliła głowę oddając pocałunek.
Lillith oderwała się od niej, na co ta jęknęła tęsknie.
- Do widzenia – rzuciła do chłopaka. - Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy – i kopniakiem zepchnęła go w ciemność. Ostatnie co zobaczył to Lust próbująca się odwrócić, podczas gdy Lillith trzymała ją w pieszczotliwym uścisku.
Spadał. Długo. Nieskończenie. Już nawet zaczęło mu się nudzić.


* * *


      Zamknął oczy. Doliczył do tysiąca. Następnie od tysiąca do zera. Nadal jednak nie dotarł do dna. Zaczął więc zastanawiać się, czy jakiekolwiek dno istnieje. W końcu i to przestało go interesować.
Gdy tylko przestał rozmyślać o upadku spadanie się skończyło. Uderzył ciężko o pylastą ziemię, przetoczył się po jakichś schodach i zatrzymał dopiero dobry metr dalej. Powietrze było ciężkie, pylaste, jak w dawno nieużywanym pomieszczeniu bez okien. Kichnął głośno. Przetoczył się na plecy i spróbował rozejrzeć. Otworzył oczy. Niebo było szare od chmur zapowiadających burzę. Poza kilkoma samotnymi skałkami i światłem miasta w oddali nie było tu nic. Spróbował się odwrócić i spojrzeć za siebie. Zobaczył wysokie obeliski stojące w okręgu na podwyższeniu na które prowadziły kamienne schody, z których przed chwilą się stoczył.
- Rzadki widok, pojawienie się twojego rodzaju tutaj - usłyszał męski, miękki głos za sobą. Odwrócił się gwałtownie i w efekcie przewrócił na bok. Przetoczył się by wypatrzeć mówcę. Ktoś siedział na kamieniu, na granicy jego wzroku. Nieznajomy wstał i podszedł do niego.
- Może pomóc? - zapytał. Ton był nader przyjazny, bez cienia złośliwości, co zaskoczyło chłopaka.
- Byłoby miło - odparł.
Mężczyzna bez cienia wysiłku podniósł go, postawił w pozycji pionowej i rozwiązał sznury.
- Dzięki - powiedział Franek rozcierając nadgarstki i odwracając się. Na widok swego wybawiciela aż odskoczył do tyłu.
- No co? - spytał nieznajomy.
- Czym ty kurwa jesteś? - zawołał chłopak.
     Przede wszystkim, jego rozmówca nie był człowiekiem. Miał pysk przypominający jelenia, burzę włosów koloru kory dębowej i jelenie poroże. Nie miał na sobie nic, ciało zasłonięte było przez porastające go pnącza. Skórę miał koloru leśnej ściółki.
- Jestem Atho - odparł tamten bez zmieszania. W jego głosie raczej dało się wyczuć pobłażliwą nutę. - Albo Cernussos. Ale Atho będzie łatwiejsze. A jak ciebie zwą?
- Franek - odpowiedział chłopak bez zastanowienia. Potrząsnął głową jakby odganiał coś. - Nie o to chodzi! - zawołał. Wziął głęboki oddech i zastanowił się. Krzykiem nic nie wskóra. - Czym ty jesteś? - powtórzył pytanie.
- Jestem bogiem życia i strażnikiem lasów.
Kowalewski teatralnie rozejrzał się po pustej przestrzeni.
- Dużo do stróżowania to nie masz, co? - rzucił sarkastycznie. Pierwsze zaskoczenie minęło, po części zastąpione ciekawością. - Co to w ogóle za miejsce?
- Pusty świat, do którego nas przepędzili misjonarze w czasie chrystianizacji - odparł bóg. - Tak, bardzo pusty - dodał po chwili zastanowienia.
- Ale tam coś jest - wskazał chłopak w kierunku miejskich świateł.
- To? To wymyślili Lordowie - powiedział Atho. Podrapał się w brodę w zamyśleniu. - Chyba strasznie podobają im się ludzie. W każdym bądź razie tam sobie mieszkają wszyscy, którzy wylądowali tu. Wyrzutki z innych wymiarów. Mitologiczne stwory i potwory niegdyś mieszkające w najdalszych planach egzystencji.
- To co, idziemy? - Franek ruszył w kierunku metropolii. Strażnik lasów zatrzymał go za ramię.
- Życie ci nie miłe?! - zagrzmiał. Przez chwilę wyglądał jak bestia. Zaraz jednak westchnął i znowu wyglądał łagodnie, przypominając jelenia. - To, co tam mieszka, jak tylko zobaczy człowieka, będzie chciało zabrać mu duszę. Nie polecam - powiedział cierpliwie.
- A po co im moja dusza?
- Żeby stąd wyjść. Przenieść się do waszego świata. Nie do końca wiem jak to działa... - znów drapał się pod pyskiem. Najwyraźniej robił to zawsze, kiedy myślał. - Ta brama jest jakoś ustawiona na was. Nadprzyrodzeni nie mogą jej sobie otworzyć ot tak. Zwłaszcza od tej strony. Lordowie z reguły dysponują odpowiednią mocą, jednak zapomniani bogowie już nie.
- A czy ja mogę sobie ot, tak tą bramę otworzyć i wrócić do domu?
- Nie - pokręcił głową. - Potrzebujesz jeszcze katalizatora, żeby nie stracić duszy. Wiem, gdzie taki jest, ale dorwanie go będzie ciężkie... Ale jest inny sposób. Będziesz musiał poczekać tydzień.
Franek spojrzał na Cernussosa przerażony. - TYDZIEŃ?! - wrzasnął. Rogaty bóg rozejrzał się bacznie czy ktoś ich nie usłyszał, jednak w pobliżu nikogo nie było.
- Ja nie mam tyle czasu! Ja mam jutro randkę! - krzyczał chłopak.
- Za tydzień brama będzie... powiedzmy, że ponownie naładowana. Myślę, że mając człowieka po swojej stronie, będę wstanie otworzyć ją bez katalizatora.
- Co?
- Brama posiada własną energię - Atho mówił jak nauczyciel z podstawówki, z tą różnicą, że jego głos dodatkowo sprawiał, że aż chciało się go słuchać. Niekoniecznie od razu się z nim zgadzać, ale po prostu wysłuchać, co ma do powiedzenia. - To działa jak... maszyna. Potrzeba dużo energii, żeby jej użyć. Rozładowywuje się przenosząc coś ze świata do świata, po czym jest wyłączona, póki energia ponownie się nie skumuluje. A że energia duchowa wisi tu w powietrzu jak gęsta mgła, trwa to stosunkowo krótko.
- Tydzień? - upewnił się chłopak.
- Tydzień.
- Nie mam tygodnia! Ja mam jutro randkę!
- Albo to - stwierdził Cernussos. - Albo targowanie się z jednym z Trzynastu Lordów.
- No to w drogę - i Franek ponownie ruszył w stronę miasta.
- Ale to jest skrajnie niebezpieczne! Możesz nawet zginąć!
Chłopak wzruszył ramionami. - Nic nie jest bardziej niebezpieczne od wściekłości Anastazji.

* * *

        Do miasta dotarli po długim, nużącym marszu, podczas którego Franek czuł się, jakby w ogóle się nie przemieszczał. Widział swój cel, i było to w zasadzie wszystko w ogromnym oceanie brunatnej szarości. Jakby droga zamieniła się w bieżnię ustawioną na najniższy poziom.
W końcu jednak, po męczącej i frustrującej nieskończoności, na horyzoncie wyrosły pierwsze budynki. Proste budy przypominające trochę domki ze starych, amerykańskich westernów. Franek co chwilę widział kształty w oknach. Najwyraźniej byli obserwowani.
- Nie gap się - rzucił Cernussos. Z lekko pochyloną głową szedł przed siebie ignorując otoczenie.
Franek oczywiście przyjrzał się jeszcze raz. Rogaty bóg złapał go za ramię, pociągnął przed siebie i siłą ustawił mu głowę w kierunku marszu.
- Mówiłem, żebyś się nie gapił - warknął. - Życie ci nie miłe?
- Kto tu mieszka?
- Najgorsze szumowiny. Ci, którzy nie potrafili znaleźć miejsca w społeczeństwie.
- Potwory które nie mogły się odnaleźć wśród potworów? - chłopak aż przystanął przyswajając tą informację.
- Ej, nie wszyscy z nas to potwory z waszych koszmarów - odparł bóg. - To, że wylądamy inaczej, nie oznacza, że zaraz będziemy pożerać wasze dzieci.
       Młodzieniec stwierdził, że woli to przemilczeć. Cóż, może to tylko zbieg okoliczności, że akurat takie kreatury najczęściej pojawiały się po tamtej stronie.
      No dobra, nie tylko, zreflektował się po chwili. Zwykłe humanoidy też spotykał. Jeden wciąż u niego mieszkał.
    W końcu dotarli do właściwego miasta. Budynki tutaj przypominały zabudowania z czasów międzywojennych, więc Franek czuł się prawie jak u siebie. Mógłby prawie przysiądz, że wie, na jakiej jest ulicy i którędy iść do domu. Największą różnicą między tym a jego światem była atmosfera - ciężka, wręcz szarobrunatna jak chmury. Brak słońca nawet jemu, nocnemu człekowi który większość czasu spędza w domu, dawała się we znaki.
    Dopiero po chwili zorientował się, że przechodnie wokół nich nie są ludźmi. Zatrzymał się zdziwiony, po czym się zreflektował. Przecież to oczywiste, że nie otaczają go ludzie. Jednak kiedy jest się człowiekiem, który idąc ulicą stara się omijać wzrokiem kogokolwiek wokół, w pewnym momencie innych po prostu się nie zauważa.
      Z drugiej strony otaczające go stworzenia nie były aż tak potworne, jak mógłby się spodziewać. Succuby, inccuby, satyry, centaury, bykopodobni olbrzymi mający na spokojnie ponad dwa metry, by wymienić tylko kilka z napotkanych ras. Każdy napotkany osobnik był niespodziewanie humanoidalny. A pewnie był to dopiero wierzchołek góry lodowej całej populacji.
- Ciekawe... grono - rzucił Franek, głównie po to, by przerwać ciszę. Była jakaś taka niezręczna. Cernussos nie odpowiedział. Szedł przed siebie co jakiś czas tylko spoglądając wielkimi oczyma na przechodniów, którzy odwarzyli się nimi zainteresować. Ci natychmiast spuszczali głowy, niektórzy nawet opuszczali niżej czapki bądź kapelusze, i przyspieszali kroku. Rogaty bóg najwyraźniej był znanym indywiduum i miał raczej nienajlepszą renomę. Przynajmniej nikt nie zawracał im głowy, pomyślał Franek. Nawet nie próbował wyobrażać sobie, co by się działo, gdyby wszedł do miasta sam. Pojawienie się człowieka wywołałoby nie lada zamieszanie.
     W końcu dotarli do celu obranego przez leśnego boga. Był to bar, jedyny, jaki Kowalewski widział po drodze. I był to jeden z najlepszych lokali, jakie miał okazję odwiedzić w życiu. Nie, żeby było tego jakoś dużo.
      Przede wszystkim panował tu atmosferyczny półmrok. Ściany były ciemnobrązowe, siedzenia trochę jaśniejsze, jak w amerykańskich przydrożnych jadłodajniach. Nie dało się powiedzieć tu o ekstrawagancji, jednak w samym miejscu było coś nieuchwytnego, co sprawiało, że chciało się tam siedzieć. Czy była to rogata dziewczyna za barem witająca każdego skromnym, lecz zachęcającym uśmiechem, czy niegłośna muzyka w tle, ciężko było stwierdzić. W każdym razie pierwsza myśl, jaka przyszła Frankowi do głowy, to że gdyby mieszkał w pobliżu, zostawiłby tu całkiem sporo pieniędzy. Jeśli ktoś go znał wystarczająco długo, wiedziałby, że była to najwyższa pochwała w jego wykonaniu.
     Cernussos wskazał chłopakowi żeby zajął miejsce w najdalszym rogu i sam udał się do baru. Kowalewski popatrzył na siedzących klientów, którzy w momencie, w którym wszedł do środka wpatrywali się w niego czujnymi spojrzeniami. Kilkanaście par i jedno oko pełnych ostrożności, zaskoczenia, zaciekawienia, i czegoś, co młodzieniec oszacował jako żądzę, co przyprawiło go o dreszcz. W końcu jednak zmusił się do odwrócenia wzroku od zebranych jednostek i ruszył w stronę ciemnego kąta lokalu. Usiadł i spróbował stać się jednością z cieniem, byleby tylko przestali się na niego gapić. W końcu każdy odwrócił od niego wzrok tracąc zainteresowanie - wszak nie robił nic nadzwyczajnego, co najwyraźniej zawiodło co poniektórych. Po niedługiej chwili na przeciw niego usiadł Atho, z dwoma kuflami, stawiając jeden przed Kowalewskim. Od tego momentu osoby siedzące najbliżej nich, wraz z podejściem rogacza, zaczęły nie patrzeć w ich stronę jeszcze bardziej.
- No więc - odezwał się Cernussos. - Po co tu przyszedłeś?
- Nie przyszedłem - odparł Franek. - Zostałem wrzucony - podniósł kubek i zajrzał do środka. W środku była gęsta, żółtawa ciecz.
- To piwo - wyjaśnił bóg życia. - Znaczy, coś najbliższe ziemskiemu piwu. Jak pewnie zauważyłeś, nie chodujemy tutaj chmielu, więc nie pędzimy go w normalny sposób.
- Chyba nie chcę znać szczegułów produkcji czegokolwiek w tym świecie - odparł młodzieniec i wziął spory łyk. Ostatkiem sił powstrzymał się od wyplucia napoju w twarz swego rozmówcy. Smakowało jak sok, który bardzo chciał stać się alkoholem, porządnie sfermentował, tylko ktoś potem chyba nie do końca rozumiał na czym polega produkcja wina, więc wsypywał wszystko co w jego mniemaniu sprawi, że jego produkt będzie smakował dobrze. W wyniku tego powstała mieszanka cynamonu, cukru, pieprzu, papryki, sosu tabasko, wspomnienia musztardy, z piwną goryczą niczym wisienka na torcie. Zdecydowanie nie było to coś zdatnego do picia.
- Chyba podziękuję - bąknął Franek odkładając naczynie na stół. Zerknął na Atho, ten jednak zupełnie się nie przejął. Spokojnie wypił swój napój i sięgnął po "piwo" Kowalewskiego. Najwyraźniej mu smakowało.
- Zawsze mamy jeszcze wodę - mruknął lasiasty bardziej do siebie niż do Franka. - Ciężko będzie utrzymać cię przy życiu, jeśli nie będziesz nic pił...
- Nie trzeba będzie utrzymywać mnie tutaj przy życiu, jeśli powiesz mi, jak się stąd wydostać.
- Mówiłem ci to, musisz poczekać tydzień.
- A ja ci już mówiłem, że nie mam tygodnia.
     Taka kłótnia mogłaby się ciągnąć w nieskończoność, i obaj doszli do takiego wniosku jednocześnie. Jeden drugiego nie przekona, zresztą Kowalewski nie należał do dyplomatów. Z prostego powodu, nie miał cierpliwości. I charyzmy. Która, według niektórych, tkwiła gdzieś głęboko ukryta i wystarczyłoby nad nią trochę popracować. To jednak wymagałoby niejakiego wysiłku i kontaktu z ludźmi.
- Jak to w ogóle jest z tym... światem? - spytał Franek. Wypadałoby skorzystać z okazji i dowiedzieć się o tym miejscu ile się da. Kto wie, kiedy taka wiedza może się przydać. Specjalista od nadnaturalności powinien się znać. Sam fakt, że nie był świadom takiej zbieraniny był trochę... przerażający.
- Ten świat zawsze był, jest i będzie - stwierdził Cernussos zamyślony. - W sumie jak wasz.
- A skąd wzięły się tu te wszystkie... - chłopak urwał na chwilę nie będąc pewnym jakiego słowa użyć. Nie chciał się narażać. A był pewien, że ich słuchali.
- Niektórzy już tu mieszkali. Różne pomniejsze rasy, które nie odnalazły się w swoim świecie. Demony, które miały dość walk z aniołami... No a potem wy wypędziliście nas, to jest bóstwa, z waszego świata w ramach chrystianizacji.
- A czemu brama znajduje się akurat we Wrocławiu?
- Bramy są rozrzucone po całym świecie. Ta, którą ty przybyłeś, została odkryta przez Niemców i szczelnie zamknięta, oraz dokładnie badana. Nic oczywiście nie odkryli. Jesteście o wiele lat za młodzi, żeby zrozumieć, jak działają takie mechanizmy.
Franek już prawie odpowiadał zmyślną ripostą, kiedy przypomniał sobie jego początki z używaniem rękawicy do pozbawiania nadnaturalnych stworów mocy. Nie były to najszczęśliwsze chwile w jego życiu.
- No dobra - mruknął. - Jeśli tu wpadłem, to mogę też wypaść...
- Za tydzień - przerwał mu Atho.
- Nie mam tygodnia! - zawołał ponownie. - Po prostu zaprowadź mnie do tego, kto ma obecnie katalizator i resztą zajmą się sam.
- Nie zajmiesz się. Nawet do niego nie podejdziesz. Otaczający go ochroniarze pożrą cię żywcem z samej racji tego, że jesteś człowiekiem. A nawet jeśli cię do niego dopuszczą, to staniesz się jego zabawką. Tak czy siak, nie masz szans.
- Jesteś strażnikiem życia, tak? - wypalił nagle chłopak.
- Tak... I co? - to pytanie najwyraźniej trochę zbiło Cernussosa z tropu.
- Więc, w sytuacji takiej jak ta, kiedy znalazł się tu człowiek, twoim zadaniem jest go chronić, tak?
- Tu bym się sprzeczał. Ale załużmy, że tak.
- W takim razie musisz mi pomóc, bo inaczej zwiędnę i nie przeżyję tygodnia - oznajmił Franek z szerokim uśmiechem zwycięzcy.
- Ale ludzie nie więdną - odparł rogacz.
- Zwiędnę, uschnę, zmarnieje, zginę. Po prostu zginę. Nie przetrzymasz mnie tutaj cały tydzień.
Cernussos odłożył kufel, który cały czas trzymał w dłoniach. Długo spoglądał na Franka, jakby szukając natchnienia. W końcu wydał z siebie głośne westchnienie, które przypominało prychnięcie byka szykującego się do szarży. Tylko trochę dłuższe i mimo wszystko spokojniejsze.
- No dobra - odparł. - Im szybciej stąd wyjdziesz, tym rzeczywiście lepiej. Ale! - podniósł jeden palec zanim zadowolony Kowalewski zdążył się odezwać. - Robimy wszystko po mojemu.
- Mi się podoba, byle bym stąd wyszedł - odparł chłopak. - To gdzie idziemy?
- Na razie do mnie. Do niego udamy się jutro.
Rogaty dokończył drugie piwo i wyszli z baru.


* * *


     Noc spędzili gdzieś w głębi miasta. Frankowi strasznie brakował sensownego odniesienia do jakiegoś miejsca. Na przykład we Wrocławiu, określając położenie czegoś, odnosił się do położenia względem rynku, a dokładniej placu z Ratuszem. Tutaj niczego takiego nie było. Tak jak w Hiszpanii, nie było "centum" miasta. Miasto po prostu było. Plątanina podobnych do siebie ulic pełnych wszystkiego co powinno w mieście się znajdować.
      Miejscówki Cernussosa nie dałoby się pomylić z niczym innym. Był to sporych wielkości martwy pień drzewa wbijający się w nieduży budynek. Martwy olbrzym robił za wejście do kwadratowego pokoju bez mebli. Wszystko było w kolorach wyblakłego drewna.
- Ładnie tu - mruknął Franek sarkastycznie.
- Śpij - zakomenderował rogaty bóg. Kazał chłopakowi usiąść pod ścianą i palcem dźgnął go w czoło. Kowalewski natychmiast osunął się w przyjemną nieświadomość.
       Gdy się obudził, był już dzień. Zorientował się po tym, że było jaśniej. Nie tak jak za dnia w jego świecie, gdzie słońce zachodziło i wschodziło. Było to raczej tak, jak w laptopie, kiedy bateria była bliska wyczerpania. Nagle światła jest po prostu mniej. Tak też było tutaj, z tym, że chłopak zauważył to dopiero po obudzeniu się. Przejście w ciemniejszą porę dnia było tak płynne, że wzrok przyzwyczajał się na bieżąco. Teraz zaś, gdy się przespał, różnica między wcześniejszym półmrokiem a obecnym światłem była na tyle drastyczna, że potrzebował tradycyjnej chwili, żeby zacząć widzieć wyraźniej.
- Idziemy - powiedział Atho na dzień dobry, gdy zobaczył, że Franek wstał. Rzucił mu kilka ciemnoniebieskich jagód. - Zjedz to.
     Chłopak przyjrzał się owocom podejrzliwie. Nie miał żadnych powodów, by ufać leśnemu bogu, mimo iż ten jak dotąd nie okazał wrogich zamiarów. Tym bardziej powinien być przy nim ostrożny. Jednak żołądek nader głośno się domagał śniadania, więc wsypał całą garść do ust. Były kwaśnosłodkie. I niespodziewanie sycące.
- Co to? - spytał z pełnymi ustami.
- Jagody.
- Jak mogą tu istnieć jagody, jeśli nigdzie nic nie rośnie?
- Jestem bogiem życia. To drzewo w zupełności wystarczy, żebym coś wyhodował.
Franek kiwnął tylko głową na znak, że zrozumiał. Bogowie i ich sztuczki. Lepiej nie wdawać się w szczegóły. Po dziś dzień nie rozumiał, co się wydarzyło w ośrodku, do którego dawno temu wylądowała Eliza.
    Wyszli z domu. Niedługo trwało, zanim Franek się pogubił. Wszystkie budynki wyglądały jednakowo, jak stare poniemieckie kamienice, z takimi samymi zdobieniami, takimi samymi balkonami i o ścianach w tych samych kolorach. Gdyby nie zmieniające się sklepy i bary, zacząłby się zastanawiać, czy w ogóle gdzieś się poruszają.
       W końcu jednak gdzieś dotarli. Niskie budynki mieszkalne nagle zostały zastąpione wysokimi na kilkanaście pięter metalowymi, smukłymi olbrzymami o oszklonych ścianach. Przypominało to trochę dzielnicę handlową Londynu, czy też nowojorskie Wall Street, odjąć ogromne kamienne bloki, i zastąpić je smukłymi drapaczami chmur. Każdy napotkany osobnik miał na sobie garnitur - bądź też przynajmniej marynarkę, w przypadku centaurów.
- Co to za miejsce? - spytał Franek z głową uniesioną w górę.
- Siedziby bogów. I oczywiście Trzynastu. Jeśli szukasz tych, którzy są przy władzy, to ten adres - odparł Cernussos. Zdecydowanym krokiem parł przez tłum.
- Jeśli mieszkają tu bogowie, czemu ty nie masz tu swojej miejscówki?
- Bo mieszkają tu jedynie bogowie, którzy mają jeszcze wyznawców.
      Na te słowa Franek zaczął czytać tabliczki. Znalazł Valhallę, Olimp, oraz kilka zupełnie nic nie mówiących mu miejsc z nieznanych mu religii. Patrząc na rozmiar całej dzielnicy, ilość rezydentów była ogromna. Chłopak miał tylko nadzieję, że nie znajduje się wśród nich więcej takich popaprańców jak Voland.
        Atho zaprowadził go do ogromnej konstrukcji nie przypominającej niczego w okolicy. Pierwsze, co nasunęło się chłopakowi na myśl, to "starość". Budowla wyglądała jak ogromny, szerszy niż wyższy, kościół z czasów Wiktoriańskich. Wyróżniała się także barwą, ciemnozłotem wyglądającym na troszeczkę zaśniedziały, co zaskakująco dodawało całości pewnego uroku.
       W środku wyglądało conajmniej dziwnie, staro i majestatycznie z domieszką mistyczności. Dwie duże nawy boczne były puste, nie licząc jakichś obrazów na ścianach. Było zdecydowanie zbyt ciemno, by Franek dojrzał, co przedstawiają. Przez środek ciągnął się wyblakły czerwony dywan, który kończył się przed półokręgiem schodów prowadzących do podwyższanie. Kręciło się tam kilka postaci, które Kowalewski z początku wziął za zwykłych ludzi, póki nie dostrzegł u nich rogów, kiedy podeszli bliżej. Na środku stało krzesło, wyglądające jak wyjęte z filmu sci-fi, brudnobrązowe i sprawiające wrażenie, jakby unosiło się centymetr nad posadzką. Na nim siedziała kupa łachmanów z kapturem, z którego spoglądał na nich nieprzenikniony mrok.
- To on? - szepnął Franek cicho. Atmosfera miejsca sprawiała, że wręcz bał się mówić głośniej. Jeszcze się coś zawali czy coś.
Cernussos kiwnął głową. Podszedł pod same schody.
- No cześć - rzucił jak gdyby nigdy nic.
- Cernussos, strażnik lasów i bóg życia - ze sterty szmat wydobył się charkliwy, starczy głos. Mimo chwiejności tonu najwyraźniej spowodowanej wiekiem, Kowalewski wyczuwał w nim ogromne pokłady mocy. Voland, który do tej pory był jego najpotężniejszym oponentem, wydawał się być nic nie znaczącą płotką wśród grubych ryb bytów nadnaturalnych. A przecież był jednym z Lordów.
- Cóż sprowadza cię w moje skromne progi? - nie było w nim pogardy, raczej nutka rozbawienia, jakby zwracał się do dziecka. Dość niesfornego, które jeszcze chwilę temu było gotowe zawojować świat, a teraz potrzebowało pomocy z zawiązaniem buta.
- Mnie? Nic - Atho zdawał się być zupełnie niewzruszonym ani postawą ich rozmówcy, ani wyraźnej aury wokół nich. A przecież trząsł się jak osika na samą myśl o przyjściu tutaj. - Za to ten tutaj ma do ciebie interes.
- Interes! - stwór najwyraźniej się ożywił. - Podejdź bliżej, młody człowieku - ze szmat wychynęła krucha, wychudzona ręka wyglądająca jakby zaraz miała się rozsypać i kiwnęła na Franka.
- Skąd wiesz, że jestem człowiekiem? - spytał wchodząc na schody.
- Ja wiem wszystko - przez krótką chwilę chłopak był pewien, że spod kaptura błysnął szeroki uśmiech.
- Więc pewnie wiesz też, co mnie tu sprowadza?
- Zaiste - odparł tamten. Kupa łachmanów zatrzęsła się, i po chwili pojawiła się dłoń trzymająca kulę. Była złota, a jednocześnie sprawiała wrażenie niematerialności. W środku najwyraźniej coś się ruszało, jakby złocisty dym.
- Katalizator - szepnął Franek. Przedmiot zrobił na nim większe wrażenie, niż by się spodziewał.
- Dam ci go - stwierdził ich gospodarz dość beztroskim tonem. - Pod jednym warunkiem.
- Coś mam zrobić? Szerzyć wiarę w ciebie na Ziemi? Zbudować ci ołtarzyk? - spytał Franek zakładając ręce na piersi. Był przygotowany na conajmniej niemożliwe zadanie. Nic nigdy nie było łatwe i proste.
- Zagrasz ze mną w grę - powiedział stwór.
Zapadła cisza przesycona pełnym niedowierzania zdziwieniem.
- Co? - bąknął Franek w końcu. Był pewien, że się przesłyszał.
- Zagrasz ze mną w grę - powtórzył starzec. - Dokładniej w bilarda. Dawno nie grałem i mam ochotę na bilarda.
Gdyby nie wiekowy głos Kowalewski byłby pewien, że rozmawia z dzieckiem.
- I tyle? - upewnił się. - Mam zagrać z tobą w bilarda, i potem oddasz mi Katalizator?
- Dokładnie tak.
- No dobra - Franek wzruszył ramionami. Rozejrzał się wokół siebie. - Nigdzie nie ma stołu.
- Przejdziemy tu.
Krzesło odwróciło się i przesunęło się pod ścianę. Dopiero teraz chłopak zwrócił uwagę na to, co się tam znajdowało. W murze wykuty był portal. W momencie gdy starzec sie zbliżył, ściana wewnątrz okręgu zafalowała i została zastąpiona szarym całunem.
- Zapraszam - stwór wykonał zachęcający gest.
Franek spojrzał na Cernussosa. Rogaty bóg prychnął niezadowolony i odwrócił głowę. Chłopak pomachał do niego pewnym krokiem wszedł w całun.


* * *

      Istnieje na świecie pula snów, które przyśniły się każdemu człowiekowi na świecie co najmniej raz. O spadaniu, o wyjściu nago na scenę, o gonieniu czegoś przez las, o byciu gonionym przez las, i tak dalej. Jest także sen o mgle. Szarej, gęstej tak, że ledwo widzi się palce wyciągniętej przed siebie ręki. I poza tą mgłą nie ma zupełnie nic.
       W takiej właśnie przestrzeni znalazł się Franek. Było tu chłodno i dosyć wilgotno. W zasadzie jak zawsze przy obecności mgły. Panowała zupełna cisza. Gdyby miał przy sobie książkę, chłopak chętnie spędziłby tutaj całkiem długą chwilę.
        W końcu jednak spokój został niezbyt brutalnie, ale stanowczo przerwany. Kowalewski usłyszał - prawdopodobnie za sobą, choć głowy by nie dał - kroki.
- Chodź za mną - powiedział mężczyna, który nagle wyłonił się spośród szarawych kłębów. Miał na sobie elegancką koszulę koloru kawy z dużą ilością mleka, czarne szelki i garniturowe spodnie. Był siwy, krótko przystrzyżony, bez śladu siwizny sugerującej podeszły wiek i krótką brudkę przypominającą nierozwinięty kwiat.
      Franek podreptał za nim. Wrażenie było takie, jakby w ogóle się nie przemieszczał, chociaż wyraźnie czuł twardy grunt pod stopami. Po marszu trwającym conajmniej jedną wieczność prowadzący go jegomość przystanał przed czymś przysłoniętym białą satyną. Jednym zgrabnym ruchem odsłonił bogato zdobiony stół bilardowy. Ciemne drewno było pełne ornamentów, zaś materiał na blacie wyglądał jak świeżo posadzona trawa. Bile były już ustawione. Przed nimi czekały ułożone wzdłuż dwa jasne kije.
- Zapraszam - powiedział mężczyzna odkładając materiał i łapiąc za jeden, po czym wykonał zachęcający gest w stronę chłopaka.
- Myślałem, że będę grał ze starcem sprzed portalu - rzucił łapiąc za drugi kij i odruchowo rozglądając się za kredą.
- Ja jestem tym... starcem - odparł elegant. Wyciągnął kredę z kieszeni, przetarł koniec kija i rzucił kostkę Frankowi.
Chłopak przyjrzał się swojemu oponentowi jakby zobaczył go pierwszy raz.
- Przed chwilą wyglądałeś, jakby siedzenie na krześle było szczytem możliwości - zauważył.
Elegant zrobił nieokreślony ruch ręką. - Magia miejsca poza czasem - odpowiedział z lekkim uśmiechem. - Orzeł czy reszka? - spytał pokazując monetę.
- Orzeł.
      Mężczyzna podrzucił monetę, złapał i położył na tylnej części dłoni. - Zaczynasz - powiedział cały czas uśmiechnięty. Było w tym uśmiechu coś dziwnego, jakby lekkie politowanie?
Franek podszedł do stołu. Ułożył kij za białą kulą i przymierzył się do oderzenia. Spojrzał jeszcze raz na bile ustawione w trójkąt i zamarł.
- Nie ma połówek - powiedział podnosząc głowę.
- Jedne bile to planety, drugie to słońca - odparł jego przeciwnik. - Ósemka zaś jest... cóż, załóżmy, że po prostu czarna.
Chłopak zerknął jeszcze raz. Rzeczywiście, wewnątrz kuli leżącej na przodzie obracał się miniaturowy Saturn.
- Ekscentrycy - mruknął chłopak, wzruszył ramionami, wziął głęboki oddech, i uderzył.
Rozszedł się krystaliczny dźwięk uderzenia i biała kula poleciała w stronę piramidki. Szkło uderzyło o szkło i paleta planet i gwiazd zamkniętych w kryształowych pojemnikach rozsypała się po stole.
Biała bila - jedyna bez ciała niebieskiego w środku - zatrzymała się przy bandzie, zaś na jej powłoce pojawiła się twarz Franka. Chłopak długą chwilę parzył swoją miniaturkę w osłupieniu.
- Co to - wydukał. - Co to ma znaczyć?
- Och, to nic groźnego, nie martw się - zbył go gospodarz machnięciem ręki. Rzucił okiem na stół i ustawił się przy białej sferze.
      Kilka kolejnych kolejek minęło bez żadnych rewelacji. Grali w absolutnej ciszy, przerywanej jedynie zderzeniem bil i sporadycznymi zadowolonymi mruknięciami przeciwnika Franka. Był to rodzaj ciszy, który najbardziej irytował chłopaka, tak więc w końcu postanowił ją przerwać.
- Masz jakieś imię? - spytał wbijając trzecią w całym meczu bilę do kieszeni. Trafiły mu się gwiazdy, i jak dotąd okazały się dla niego szczęśliwe. Jego oponent jak dotąd wbił jedynie Pluton.
- Pomyślmy... - jegomość zastanawiał się przez chwilę, jakby musiał sobie przypomnieć, jak się nazywa. - Chron - stwierdził w końcu.
- Ciekawe imię - odparł Kowalewski, w celu podtrzymania rozmowy. - Nadane czy przyjęte?
- I jedno, i drugie - odparł tamten uśmiechając się trochę szerzej niż dotej pory. - Graj - wskazał na stół.
       Franek zlustrował sytuację i wybrał sobie bilę, którą łatwo będzie w stanie wbić. Uderzył w białą i w tym momencie dostał jakby zawrotów głowy. Przed oczami mignął mu obraz, jakby film odtwarzany na dziesiętnym przyspieszeniu. Nie zdążył nawet zorientować się co to było, jedynie dziwna pewność, że była to noc, było zimno i smutno i miało to związek z Elizą. Co było zupełnie dziwne, wszak nie widział jej od ponad roku, a może nawet dłużej, i nawet już o niej nie myślał. Kiedy doszedł do siebie i podniósł głowę - nawet nie zdawał sobie sprawy, że prawie wisi na stole - zobaczył, że Chron się uśmiecha. Nie, nie tak jak przez cały czas do tej pory, życzliwy uśmiech lokaja obsługującego gości. Ten był szerszy, ostrzejszy, podszyty chytrością i złośliwością.
- Co to było? - bąknął chłopak złapawszy oddech. Oczywistym było, że jego gospodarz miał coś wspólnego z nagłą plejadą wspomnień. Dość niemiłych w dodatku.
- Taki mały dodatek do gry - odparł Chron beztrosko. - Widzisz, to nie jest taki zwykły bilard. Tutaj bila dostraja się do grającego. Wyciąga z niego wszelkie wspomnienia. Im starsze, im mroczniejsze, tym lepiej. Taki... - zawiesił głos na moment szukając odpowiedniego określenia. - Sprawdzian siły woli? Duszy! - zawołał. - O wiele lepiej brzmi, prawda?
- Nie mówiłeś, że przyszykowałeś aż takie atrakcje - odpowiedział Franek próbując odzyskać chociaż część zwykłego animuszu po tym, jak go zgięło w pół. Brzmiał o wiele mniej pewnie niż by sobie życzył.
- Na prawdę myślałeś, że wystarczy rozegrać ze mną zwykłą partię zwykłego bilarda?
Chłopak wzruszył tylko ramionami. Zerknął na stół. Bila, w którą celował zatrzymała się na samej krawędzi, tak, że byle chuchnięcie powinno ją wpakować w kieszeń. Wziął głęboki oddech i uspokoił. Jedno mignięcie kogoś, kto był mu bliski nic nie zmienia. Więcej, Eliza już dawno go nie interesowała. Jest tu tylko po to, żeby zdobyć katalizator, uruchomić portal i zdążyć na randkę. Gra zapewne stanie się teraz trudniejsza, więc po prostu będzie musiał być ostrożniejszy. I może skończyć ją trochę szybciej niż zamierzał.
      Od teraz rozgrywka stała się przede wszystkim wycieńczająca, tak psychicznie, jak i fizycznie. Za każdym razem, gdy Franek uderzał poraz pierwszy w swojej turze, zalewała go fala wspomnień. Były raczej losowe, i z całą pewnością nieprzyjemne. W ciągu jakichś trzydziestu minut - czysto teoretycznie, w przestrzeni w której się znajdowali traciło się zupełnie poczucie czasu - chłopak przeżywał podzielone na epizody wszelkie swoje porażki, błędy, sytuacje, które mógł rozegrać lepiej, i, co chyba irytowało go najbardziej, nieudane momenty życia miłosnego. Za każdym razem gdy jego niefortunne przygody migały mu przed oczami czuł się coraz słabiej. Z tego tytułu też zmarnował też kilka wspaniałych okazji na zakończenie gry. Do tej pory wygrywał czterema punktami. Obecnie Chron dogonił go, a nawet przebił o jedną bilę. I najwyraźniej z każdym kolejnym wspomnieniem bawił się coraz lepiej.
- Wiesz, jeśli masz dość, możesz się poddać - powiedział nagle, gdy Franek, ciężko oddychając po najnowszym odcinku "Jak nie obchodzić się z dziewczynami", zepsuł kolejne uderzenie.
- Chyba... - wziął głęboki oddech i zacisnął zęby. - Cię pogięło - dokończył z determinacją. Usiadł na ziemi nie mając siły stać, i kredą szorował szpic kija z taką zawziętością, jakby chciał go spiłować.
- Ciekawe, jak długo wytrzymasz - mruknął stwór w odpowiedzi. Podszedł zadowolony do stołu i wbił swoje dwie ostatnie bile. Od zwycięstwa dzieliła go czarna. Uderzył na odlew i zrobił krok do tyłu.
- Zapraszam - rzucił ochoczo.
     Franek musiał podepszeć się żeby podnieść się na nogi. - Zrobiłeś to specjalnie - burknął niezadowolony. Nienawidził, kiedy ktoś bawił się grą, zamiast go wykończyć. Z tego właśnie powodu przestał grać w gry internetowe przciwko innym graczom. Nie miał cierpliwości do przeciwników. Zwłaszcza tych, którzy go pokonali.
Podszedł do stołu i uderzył. W momencie gdy kij dotknął białej bili cała powierzchnie stołu zalśniła i z zielony materiał zamienił się w czarną powierzchnię usłaną gwiazdami. Franek z kolei miał wrażenie, że jego głowa zaraz eksploduje. Oczy zaszły mu mgłą...
       Stał we własnym mieszkaniu. W salonie, precyzyjniej mówiąc. Przy stole pod ścianą siedziała Eliza. Na środku leżało pudełko z ledwie napoczętą pizzą i dwie szklanki napełnione colą - oczywiście chłopak zapomniał kupić wino. Dziewczyna coś mówiła, z początku jednak nie docierały do niego żadne dźwięki. Było to trochę jak jeden z tych snów, kiedy widzisz wszystko normalnie z pierwszej perspektywy, jednak nie masz wpływu na własne działania. Niesamowicie nieprzyjemne uczucie, kiedy już uświadomisz sobie, że to sen. Z reguły zaraz po przebudzeniu w umyśle kręciła się jeszcze przez chwilę taka myśl, że może nadal tak będzie, że będziesz jedynie obserwatorem we własnym ciele. Na szczęście wrażenie to ulatniało się jak tylko człowiek zdecydował, że czas opóścić przyjemne łóżko i stawić czoła rzeczywistości. Ta nowa forma wspomnienia zupełnie go zaskoczyła.  Do tej pory przed jego oczami pojawiała się jedynie migawka obrazków
     W końcu włączył się dźwięk. Słowa Elizy nagle do niego dotarły, razem ze zrozumieniem sytuacji. Był to wieczór, kiedy się rozstali. Albo, jak to cały czas mówił, Eliza go rzuciła. Nigdy wcześniej - i później z resztą też - nie żałował niczego tak bardzo, jak podanie byłej dziewczynie ręki na pożegnanie, jakby wszystko było w porządku. Nie było w porządku. W zasadzie, było bardzo, bardzo nie w porządku. Stuprocentowa odwrotność wszystkiego w porządku. Stał nie mogąc usiedzieć w miejscu, podczas gdy osoba, która była całym jego światem wymieniała powody, dla których nie powinni się więcej spotykać. Z dużą częścią się nie zgadzał, sporo było wziętych zupełnie znikąd, i tylko parę rzeczywiście musiał przyznać, że były trafne. Powód, dla którego się nie sprzeciwiał, to poczucie totalnego zdruzgotania. Jakby ktoś, kto poznał go w stu procentach, wykorzystał teraz tą wiedzę przeciwko niemu. Nawet nie "jakby". Dokładnie tak właśnie było. W ciągu kilkunastominutowego monologu dowiedział się, jak bardzo nie rozumiał drugiego człowieka, że jest wielkim, egoistycznym i zamkniętym na świat introwertykiem nie potrafiącym się zdobyć na choćby odrobinę poświęcenia, że spędzenie czasu z Elizą to dla niego szczyt niemożliwości, że jest do niczego, ma głupie pasje i do niczego zapewne w życiu nie dojdzie. Tyle przynajmniej zapamiętał. Obecnie słyszał to wszystko ponownie, jeszcze bardziej zdruzgotany i jeszcze bardziej nie mogąc zareagować.
        Kiedy w końcu Eliza skończyła, wstała od stołu, podeszła do niego, rzuciła coś jeszcze blado się uśmiechając, i wyciągnęła ku niemu dłoń, na znak rozejścia się w przyjaźni. Którą, tak jak wtedy, wbrew sobie potrząsnął. Po chwili zaś stał w chłodnym pokoju zupełnie sam, gapiąc się na stygnącą pizzę niewidzącym wzrokiem, powoli analizując usłyszane słowa i czując się tak, jakby właśnie cały świat mu się zawalił.
        Po wieczności, która przeciągała się niemiłosiernie, pokój zniknął, a Franek znów znajdował się w przestrzeni bez czasu. Siedział na kolanach, z poczuciem niesamowitej pustki, zupełnie jak tamtego wieczoru, nie potrafiąc ani się poruszyć, ani wydać żadnego dźwięku. Oczy mu zwilgotniały, a w uszach brzęczały mu w kółko powtarzające się słowa Elizy jakby ktoś gwałcił przycisk REPLAY w odtwarzaczu. Tymczasem Chron stał przy stole i chichotał.
- No no - powiedział wesoło. - Tośmy się dokopali do czegoś ciekawego!
Wszystko nie miało sensu, kotłowało się we frankowej głowie. Nic z tego nie będzie. Wylądował gdzie wylądował, i już nie wróci. A może to nawet lepiej dla świata? Że tak sobie zniknie? I tak nikt za nim nie zatęskni.
        W jednej chwili cała pewność siebie z niego uleciała.
Chronos, cały czas się śmiejąc, uderzył na odlew odbijając białą bilę, starannie tak celując, żeby ominęła czarną, tym samym dając Frankowi świetną okazję do zakończenia gry.
- Ojej - westchnął z udawanym niezadowoleniem. - Tak nie trafić w takiej sytuacji! - jego głos wyraźnie pokazywał, że naigrawa się z przeciwnika. - Coś mi mówi, że może mnie to kosztować mecz!
Franek powoli wstał. Wzrok miał potwornie pusty. Jakby uleciała z niego wola życia.
Słowa potrafią spowodować straszne spustoszenie w duszy człowieka.
     Ustawił bilę na linii startowej, przymierzył się, uderzył od niechcenia. Kula przetoczyła się po stole, odbiła się od bandy, i gdy obaj myśleli, że się zatrzyma, ta musnęła ostatnią bilę chłopaka wbiła ją do kieszeni.
- No no - mruknął mężczyzna. - Szczęśliwy traf.
Niestety próba wbicia czarnej nie wyszła Kowalewskiemu równie szczęśliwie. Parsknąwszy, Chronos jednym celnym pchnięciem zakończył rozgrywkę.
- Nie powiem, to był całkiem ciekawy mecz - powiedział, opierając swój kij o blat.
W tym momencie Franek poczuł dziwne zimno w środku. Przeszedł go dreszcz, po czym doznał wrażenia, jakby coś od niego oderwano. Spojrzał pytająco na swojego przeciwnika.
- Właśnie odebrał ci dziesięć lat życia - odparł tamten tonem, jakby mówił o pogodzie. - Nie mówiłem ci? - zdziwił się. - To cena za przegraną. Choć, wracamy - wyciągnął rękę do chłopaka.
- Chcę rewanżu - odparł chłopak. Stał z rękami w kieszeni, lekko zgarbiony, ze spuszczoną głową.
- Znając cenę? - odparł stwór.
- A co ja mam do stracenia? - odparł. Był wycieńczony - im dłużej znajdowali się w tym miejscu poza czasem, tym więcej energii z niego ubywało, na co nie zwrócił uwagi wcześniej w czasie przeżywania wspomnień. Jednak poza tym nie odczuwał nic. Zupełnie. Jakby był wyprany z emocji. Tak samo jak po tamtym piekielnym wieczorze.
     Wtedy, po tygodniu nie wychodzenia z domu, odwiedził go zirytowany Leon. Na siłę wyciągnął go na zewnątrz i, mówiąc okrężnie i krótko, zmusił do spojrzenia na świat trochę pozytywniej. Po następnych kilku dniach zaczął też ponownie zajmować się sprawami nadprzyrodzonymi, i jakoś tak życie zaczęło toczyć się dalej.
Tym jednak razem nikt nie przyjdzie kopnąć go w tyłek dla rozpędu.
- No dobrze - zgodził się Chronos ochoczo. Był bytem nieśmiertelnym głównie dzięki odbieraniu życia ludziom. W czasach starożytnych za pokonanie go w grze mógł spełnić jedno życzenie lub odpowiedzieć na dowolne pytanie. Nie trzeba było być wybitnie bystrym, by domyśleć się, że zwycięzców nie było. Mężczyzna klasnął trzy razy i stół był na powrót przygotowany do gry.
- Przegrani zaczynają - powiedział, na powrót przybierając swój bardziej życzliwy uśmiech.
     Kowalewski uderzał niemalże zupełnie przypadkowo. Rozbił trójkątnie ułożone kule, totalnym szczęściem wbijając jedną z planet. Następne podejścia psuł za każdym razem, zupełnie nie przejmując się tym, jak potoczy się biała bila. Bardzo szybko Chronos szczyścił stuł i był na jak najlepszej drodze do ponownego zwycięstwa.
     Ten mecz jednak różnił się od poprzedniego diametralnie. Franek nie był już nawiedzany przez swoje czarne wspomnienia. Najwyraźniej albo się skończyły, albo Chronos uznał, że złamał go już wystarczająco, żeby nie stanowił żadnego zagrożenia.
I tu się mylił. Stwór podszedł do stołu z zamiarem wbicia czarnej, i zamarł. Ósemka znajdowała się mniej wiecej na środku stołu, z białą prawie zaraz obok. Każda łuza była zablokowana bilą Franka, które znajdowały się od każdej kieszeni w takiej odległości, żeby nie dało się wbić czarnej. Elegant spojrzał zaskoczony na chłopaka. Ten uśmiechnął się szeroko.
- Na co czekasz? - zapytał. Z cienia człowieka jakim zdawał się być po ostatnim wspomnieniu nie pozostało nic poza wciąż wilgotnych oczu.
- Jak? - spytał Chronos. W jego ton wkradła się ledwie zauważalna nuta złości.
- Widzisz... Stosujesz wspaniały sposób na złamanie człowieka - powiedział Kowalewski okrążając stół. - Nie jednego pewnie zrzuciłeś na kolana, zmuszając do przeżywania najgorszych momentów życia. Ja dużo takich momentów nie mam, wszak jestem jeszcze młody, ale to wystarczyło, żeby obudzić ciemność tkwiącą gdzieś tam w środku - popukał się w skroń. - Tylko widzisz, ja już tam kiedyś byłem - dodał, obracając się przy rogu stołu i idąc w drugą stronę. - I wyszedłem. Z pewną... pomocą - to słowo przyszło mu wymówić z pewnym trudem, przypominając sobie próby wyciągnięcia go nocami do klubów przez Leona. - Nie mam nic do stracenia, ale! - podniósł palec do góry dla podkreślenia swoich słów. - To nie oznacza, że się poddaję. W pierwszej, bądź może drugiej, kolejności jestem graczem. Nienawidzę przegrywać. I choćby nie wiem jak ciężko ze mną było jako człowiekiem, tkwi jeszcze ten duch taktyka, który uaktywnia się niczym druga osobowość. Taki... trochę jakbyś był o krok od zone'a, w który wchodzą sportowcy - stanął u szczytu stołu naprzeciwko Chrona. Wyprostował się, założył ręce i przybrał tryumfalny wyraz na twarz. - Poza tym - dodał z lekkim uśmieszkiem. - Jutro mam randkę.
- Ciekawe... - mruknął mężczyzna nerwowo szorując kredą po czubku kija. Pierwszy raz trafił mu się oponent, który nie dość, że grał dobrze w wybraną przez niego grę, to jeszcze nie dał się do końca złamać. Podszedł do stołu, uderzył na odlew i podbijając czarną kulę pod bandę. Następnie Franek dość łatwo wyczyścił stół. Chron zaklaskał wolno.
- Gratuluję - powiedział. Zwykły uśmiech z lekkim trudem powrócił na jego twarz. Wyciągnął w jego stronę dłoń. - To była gra warta mojego czasu - stwierdził.
- Wzajemnie - odparł chłopak i chwyił wyciągniętą dłoń. Świat wokół nich zawirował, co Kowalewski raczej poczuł niż zauważył, i po chwili stali z powrotem w siedzibie Chrona, przed portalem.
Cernussos podniósł głowę i spojrzał na nich zaskoczony. - Wróciłeś! - zawołał z widoczną ulgą.
- Ano wróciłem - odparł Franek jak gdyby nigdy nic. Zmęczenie zniknęło, poczucie zdruzgotania także. Zszedł ze schodów i podszedł do leśnego boga. - Mówiłem ci, że wszystko będzie dobrze.
Rogacz prychnął jak byk. Pochylił się i szepnął chłopakowi do ucha. - Ile lat ci odebrał?
- Dziesięć - odparł młodzieniec.
- Nie martwi cię to? - spytał.
- Nie - machnął ręką, po czym odwrócił się do Chrona. Ten znów siedział na krześle i przypominał kupę szmat.
- Poproszę katalizator - powiedział głośno Franek.
- Zgodnie z umową - z kaptura dobiegł ich chrapliwy głos. Zakłotłowało się i spośród materiału wyłoniła się szara, pomarszczona ręka ze złotą kulą. W środku coś jakby wirowało.
- Naładowany? - spytał Atho.
- Jak najbardziej - odparł stwór. - Nikt nie nazwie Lorda Czasu niesłownym - ostatnie słowo zostało w połowie przerwane kaszlem.
- Jak to jest, że tam w tej tej... mgle byłeś młodszy? - spytał Franek na odchodne.
- Tylko w tamtej przestrzeni mogę korzystać z życia, jakie odebrałem swoim oponentom - padła odpowiedź. - Pytanie za pytanie - dodał. - Jak to jest, że w ogóle nie wydajesz się, jakby pozbawiono cię życia? Powinieneś być starszy o tyle, ile straciłeś.
- Widzisz, nie chwaliłem się, bo nie ma czym - zaczął Kowalewski jakby lekko zakłopotany. - Jestem w połowie wampirem. Nie starzeję się w normalny sposób. Zdrowia życzę! - zawołał chłopak na odchodne i skierował się do wyjścia. Znów był sobą, aroganckim, pewnym siebie złośliwym draniem. Cernussos skłonił się z szacunkiem i wyszedł za nim. Za sobą usłyszeli, jak Chron wybucha głośnym śmiechem.


* * *

      Stali przed portalem. Chłopak odwrócił się i spojrzał jeszcze raz na miasto w oddali, chcąc je dobrze zapamiętać. Nigdy nie wiadomo, czy nie trafi tu ponownie. Nie, żeby dużo było stąd widać. W końcu odwrócił się do boga życia i wyciągnął w jego stronę katalizator. Była to nieduża sfera, lodowata w dotyku jak szkło. W środku obracało się coś, co wyglądało jak miniaturowa galaktyka utkana ze złotej mgły z większymi drobinkami tu i ówdzie.
- Działaj - powiedział chłopak podając stworowi przedmiot.
      Rogacz wstał i stanął na środku wzniesienia. Mruknął coś, czego Kowalewski nie dosłyszał i upuścił kulę przed sobą. Rozbiła się, a zawartość równomiernie rozeszła się na wszystkie strony, tworząc kwadrat. Zalśniła złotawym światłem tworząc niematerialny słup ciągnący się w górę i niknący wśród chmur. Stwór wyskoczył przed portal jednym zgrabnym susem i stanął obok chłopaka.
- Proszę bardzo - powiedział. - I staraj się więcej tu nie wpadać, hmm?
- Tak, tak. W sumie, mógłbyś chociaż strzelić coś w stylu "Będę tęsknił", czy coś - odpar Franek. Cernussos w odpowiedzi pchnął go w stronę portalu.
Światło stało się intensywniejsze i chłopak poczuł się niesamowicie lekki. Jakby żadna grawitacja go nie przykuwała do ziemi. Powoli zaczął się unosić. 
        W ostatniej chwili złapał Atho za rogi i z całej siły pociągnął. Zaskoczony bóg nawet nie zdążył zaprzeć się nogami i wpadł w świetlisty obszar.
- Co ty wyprawiasz?! - wrzasnął przerażony.
- Zabieram cię ze sobą - odparł chłopak. - Spodoba ci się. Mamy drzewa, zwierzęta, a nawet całe lasy! - przemilczał fakt, że dobrze będzie mieć u bytu nadnaturalnego dług.
      Otoczyła ich ciemność, zupełnie jak wtedy, kiedy Franek spadał. Teraz też spadali, tylko że na odwrót.
* * *

       Miastem zatrzęsło. Niebo zasnuło się czarnymi chmurami, trzasnęły błyskawice. Przez Wrocław przetoczył się podmuch, nie tyle wiatru, co jakby mocy. Czystej, nienaturalnej energii. Wrocławska Tower jakby zapadła się w ziemię, po czym spodniej wyrosły długie, grube jak trzy stojące obok siebie osoby pnącza. Oplotły cały budynek, wijąc się wokół i wbijając do środka, aż połączyły się na szczycie tworząc szpic. Pod wieżą zaś konary utworzyły portal do jaskini. Ze środka zaczęły wychodzić wszelakie stwory: demony, stwory mitologiczne, potwory, o których czytało się w starych książkach o wierzeniach w średniowieczu i jeszcze wcześniej.
      Miastem zapanował totalny chaos. I mgła. Z tą różnicą, że mgła trzymała się granic miasta. Chaos zaś rozgościł się wszędzie.

* * *

     Franek i Cernussos w końcu stanęli na ziemi. Lekko osiadli na chodniku tuż przed Tower. Chłopak z przerażeniem patrzył na ludzi uciekających przed biesami, enty uciekające do parków i próbujących wtopić się w otoczenie, latające po niebie succuby, incuby i gargulce, i inne dziwności, które jeszcze niedawno mijał na ulicach metropolii opuszczonego planu. Atho stał za nim patrząc na to wszystko z nieodgadnionym wyrazem pyska.
- Co się stało? - wydukał Kowalewski w końcu.
- Złamałeś barierę - wyjaśnił rogacz. Dostrzegł pytające spojrzenie chłopaka i westchnął. - Nie można nałożyć pieczęci bez warunków jej złamania. A już na pewno nie tak potężnej, która ma oddzielać od siebie plany egzystencji. Właśnie spełniłeś warunek połączenia obu światów.
- A jaki to był warunek? - spytał, choć łatwo było się domyśleć.
- Człowiek dobrowolnie zabierający ze sobą jednego z nas.
- A co z przyzwaniami? Niejeden wariat otwierał pomniejsze portale, żeby wezwać sobie jakiegoś demona czy coś.
- Wezwanie łączy się z reguły z chęcią wykorzystania wezwanego demona czy boga do własnych celów. Wykorzystanie to nie dobrowolne wpuszczenie do swojego świata.
Młodzieniec pokiwał głową na znak, że zrozumiał.
- Kiedyś, dawno temu pewna grupa wpuściła tutaj biesa. To też się nie liczy?
- Nie ta brama - odparł Cernussos po namyśle. - Plus, bies to nie byt rozumny, tylko bestia. A tu chodzi o demona bądź boga. Tak przynajmniej mi się wydaje.
- No cóż - Franek przeciągnął się i ziewnął. - Co się stało, to się nie odstanie - stwierdził bez cienia zmartwienia.
- I to wszystko, co masz do powiedzenia? - zdziwił się bóg.
- No - odparł tamten lekko zdziwiony. - To nie tak, że mogę to naprawić. Idę do domu.
- Co?
- Jestem zmęczony. Panie, przed chwilą grałem mecz życia w bilarda! - powiedział tonem podkreślającym oczywistość. - Miło było - rzucił przez i ruszył w stronę domu. Skoro to całe miasto zostało opanowane, to pewnie sytuacją zajmą się odpowiednie służby. On ma zamiar iść spać i odpocząć.
    Na szczęście budynki były najwyraźniej nietknięte. Poza przeistoczeniem się wrocławskiej Tower i pojawieniem się zupełnie innej, poskręcanej i czarnej jak noc wieży nie tak daleko od niej nie wydarzyło się nic. Kowalewski odnotował w duchu, żeby podejść któregoś dnia zbadać nowy obiekt.
Wjechał windo na swoje piętro, wszedł do mieszkania, zrzucił buty i padł ledwie żywy na łóżko. Lust nigdzie nie było, Lilith też. Pomartwi się o to jutro. Obecnie ledwo miał siłę trzymać oczy otwarte.
Już prawie spał, gdy zawibrował mu telefon. Bardzo niechętnie podszedł do biurka i sprawdził powiadomienia. Miał dwa nieodebrane połączenia od Anastazji i jedno od Leona. Podniósł urządzenie i wybrał numer dziewczyny.
- Tak? - usłyszał po dwóch sygnałach. Nikt nie odbierał telefonu tak szybko jak ona.
- Hej - rzucił tłumiąc ziewnięcie. - Wszystko dobrze?
- Chodzi ci o ten chaos na ulicach? Tak, wszystko ok - odparł Ana.
- Ciekawe, kiedy się uspokoi... - zaczął chłopak.
- Jeśli myślisz o jutrzejszej randce - przerwała mu. - To nawet nie myśl, że jest odwołana!
- Jasne - odpowiedział posłusznie.
- A teraz kończę, bo mam coś do załatwienia. Bye bye - po czym się rozłączyła.
     Franek uśmiechnął się do siebie, odłożył telefon, po czym padł na łóżko i natychmiast zasnął.


* * *

    Ciemna noc. Sytuacja została o tyle opanowana, że nie pojawiało się chwilowo więcej stworów. Wokół portalu utworzono prowizoryczną zaporę oddzielając wieżę od reszty miasta i zatrzymując w środku wszystkie istoty, a przynajmniej te, które nie latały. Oraz olbrzymich bestii, które się przebiły i obecnie były ścigane przez wojsko. 
  Z portalu wyszło jedenaście postaci. W porównaniu do większości stworów wyglądały niespodziewanie zwyczajnie. Na samym przedzie, jakby nimi przewodząc, stał mężczyzna w średnim wieku ubrany w czarny smoking i cylinder, z prostą laską zakończoną perłową gałką w ręce. Gdy wyszli na powierzchnię z podziemnej sali z portalem, wziął głęboki wdech jakby smakował świerze, nocne powietrze.
- Coś wspaniałego! - zawołał. - Ludzkości, wszystko już w porządku! A dlaczego? - zaśmiał się krótko i uśmiechnął przebiegle. - Bo Varden tu jest.

Odwrócił się do pozostałych. - Witam we Wrocławiu! - zawołał radośnie. - Pierwszy przystanek - Voland. Czas spotkać się z moim bratem.