środa, 13 grudnia 2017

Bilard

          Był związany, z workiem na głowie, i najwyraźniej gdzieś go nieśli. Albo raczej niósł. Ciągnął. To było najtrafniejsze sformułowanie. Głową leżał na ziemi i tylko narzucony na nią materiał ratował go przed poważniejszymi obrażeniami. Strasznie niewygodny sposób lokomocji, ale wolał udawać, że nadal śpi. Ktokolwiek postanowił na niego naskoczyć, wiedział, co robi.
Ostatnie, co pamiętał, to że był z Lust w sypialni. Dziewczyna próbowała się z nim zabawić przed czym zaciekle się bronił, a gdy tylko go pocałowała, zrobił się strasznie senny. Następnie obudził się w tej nader niekomfortowej sytuacji, nie wiedząc nic, nie słysząc nic poza hałasem na ulicy, i nie widząc prawie nic. Widział jedynie zarys transportującej go osoby. Ciężko było cokolwiek z tego wywnioskować.
         Wniosek z tego wszystiego nasuwał się jeden – ktoś się przygotował. Prawdopodobnie uśpił ich oboje, a że Lust nie była potrzebna, zostawił ją w mieszkaniu. Uśpienie succuba to nie lada wyczyn. Franek sam próbował parę razy, nawet przy użyciu alkoholu. Od tamtej pory ograniczał jej trunków procentowych kiedy tylko mógł.
Z kolei uśpienie jego samego było proste jak małego dziecka. W zasadzie każdy mógł to zrobić.
       Pojawiała się też możliwość, że Lust sama go uśpiła, z sobie tylko wiadomych powodów. Jednak myśl, że dziewczyna mogła działać przeciw niemu odpychał jak najdalej.
- Dobra robota – usłyszał nagle żeński głos. Był władczy, trochę arogancki, a jednocześnie bardzo przjemny. Sprawiał, że chłopak bardzo chciał zobaczyć właścicielkę.
- Cieszę się, że nie wyszłaś z wprawy – ciągnęła. Podszyty kpiącą ironią, jakby zwracała się do kogoś o wiele gorszego od niej, co powinno być zaszczytem samym w sobie. - Widzisz, nie trzeba było się ze mną tak sprzeczać. Myślę, że stanowimy bardzo zgrany duet, jak za dawnych czasów.
     Nie pojawiała się żadna odpowiedź. Chłopak lekko przekręcił głowę i spojrzał na taszczącą go postać. Co jakiś czas zwalniała, jakby coś przeszkadzało jej w marszu. Jej krok przedłużał się jak w starej nakręcanej zabawce gdy sprężyna rozprężała się do końca. Zaraz jednak forsowała krok do końca i wracała do normalnego marszu. Postać idąca za nimi też najwyraźniej w końcu zauważyła to ociąganie, bo wyminęła ich i stanęła przed nimi. - Chyba jednak trzeba cię jeszcze trochę zachęcić.
     Przez chwilę stały blisko siebie, a chłopak usłyszał odgłos całowania. W końcu oderwały się od siebie, a jedna z nich wydała z siebie tęskne westchnienie i cichy jęk.
- Pamiętaj, że jak to załatwimy, czeka cię nagroda – powiedziała lubieżnie. Potem znów stanęła za nimi i popchnęła tragarza. - A teraz ruszaj – rzuciła władczo.
      Znów wrócili do marszu. Zdążył się już znudzić i nawet zaczął rozmyślać, jak mógłby wydostać się z obecnej sytuacji, gdy usłyszał otwierane drzwi. Ciągnąca go postać puściła jego nogi, odwróciła się i zarzuciła go jak worek, głową w dół, i zaczęła schodzić po schodach. Uderzył twarzą w plecy niosącego. Ręce zawisły mu bezwładnie. Wykorzystał to i delikatnie dotknął porywacza. Wyczuł pod palcami ściśle przylegającą do ciała skórę, jednolitą, bez żadnych szwów czy choćby śladu zszytego materiału. Po chwili ostrożnego badania dłonmi mógł się założyć, że niosła go kobieta. Macając dalej odkrył, że ręce wiszą na poziomie końca szlachetnej nazwy pleców. Niewiele myśląc, złapał ręką zgrabny pośladek i ścisnął.
      Porywaczka zatrzymała się. Postać zrobiła to samo i pochyliła się nad nim, co wywnioskował ze słodkiego oddechu, jaki go owionął.
- No no, chyba się budzimy – mruknęła ni to do niego, ni to do siebie. - Chyba cię niedoceniłam. Nie zatrzymuj się – rzuciła do niosącej i pchnęła ją w ramię. Ta po chwili ociągania ruszyła dalej.
- Chyba należałoby się przywitać – mówiła kontynuując marsz. - Jestem Lillith, nazywana przez was Księżycową Panną, i jestem władcą succubów – przedstawiła się tonem nastolatki mówiącej do szkolnej klasy, do której właśnie dołączyła. - Miło poznać – dodała wesoło. - Choć pewnie warunki raczej ci nie odpowiadają.
Franek zastanawiał się nad odpowiedzią, jednak zanim zdążył otworzyć usta, Lillith już mówiła dalej.
- Osobiście, sama wolałabym spotkać cię inaczej. Poznać bliżej... - jej ręka wkradła się mu pod koszulkę i gładziła go po plecach, jak ulubionego zwierzaka. Musiał przyznać, że było to niespodziewanie przyjemne. Jakby jego plecy bardzo tego chciały, ale do tej pory nie zdawał sobie z tego sprawy. Trochę jak przy swędzeniu w miejscu, do którego nie możesz dosięgnąć, i ktoś w końcu cię podrapał.
- Widzisz, mamy wiele spraw do pogadania – mówiła konwersacyjnym tonem, trochę jakby od niechcenia. - Na przykład, jakim cudem sprawiłeś, że mój najlepszy succub postanowił mnie opuścić!
Jej dłoń zatrzymała się na chwilę, zaraz jednak wznowiła pieszczotliwe głaskanie.
- Jednak nie ma to teraz znaczenia – stwierdziła z zadowoleniem. - Ja odzyskałam swój numer jeden, a ty wybierasz się... no właśnie, gdzie? - przerwała na chwilę jakby czekając na odpowiedź. - Powiedzmy, że na małą wycieczkę. Na pewno ci się spodoba!
       Zatrzymali się. Najwyraźniej stali w jakimś sporym pomieszczeniu, co sugerowało chłodniejsze niż na schodach powietrze. Było wilgotno, jakby byli pod ziemią. Jego rozmówczyni zostawiła ich i poszła w głąb sali. Przez chwilę tkwili w zupełnej ciszy, następnie Franek usłyszał jakby cichy grom przetaczający się gdzieś w pobliżu. Niosąca go postać ruszyła przed siebie.
- Postaw go! - zawołała Lillith. Jego tragarz postawił go na nogach i odsunął się. Księżycowa Panna stanęła za nim i zerwała mu worek z głowy. Zobaczył przed sobą nieprzeniknioną ciemność, która ciągnęła się nieskończenie w dół. Nagle poczuł dłonie na szyi i succub poderwał mu głowę do góry. Zobaczył nad sobą podłużną twarz o delikatnych rysach, niebieskie oczy i zmysłowe usta.
- Mam nadzieję, że nie zginiesz – powiedziała Lillith wisząc tuż nad nim. Pocałowała go, najpierw delikatnie, potem z coraz większym uczuciem, wręcz agresywnie. Nagle przestała i odwróciła go.
- Liczę na przyjemną znajomość – powiedziała odsuwając się nieznacznie. Kiwnęła ręką, by osoba za nią podeszła bliżej. Obok władczyni succubów stanęła Lust. Miała na sobie skórzany jednoczęściowy strój succuba, zaś na szyi Franek dostrzegł chokera. Zdawał się emanować jakby czarnym światłem. Lillith stanęła za nią. - O nią się nie martw! - dodała. - Lust, tak? Zabawne imię jej nadałeś – mówiąc to przytuliła się do niej od tyłu. - Teraz będzie w dobrych rękach. - Rozpięła jej zamek, rękę wsadziła pod strój i położyła na piersi. Dziewczyna zadrżała, oczy jej się zaszkliły jak od łez, zacisnęła pięści jakby w bezsilnej złości, jednak stała zupełnie nieruchomo. Jakby nie mogła się poruszyć. Lillith drugą rękę położyła między nogami succuba i zaczęła pieszczotliwy masaż. Przechyliła się nad ramieniem dziewczyny i ustami sięgnęła jej ust. Lust zamknęła oczy. Otworzyła dłonie, które zwisały teraz bezwładnie, jakby w końcu się poddała. Przechyliła głowę oddając pocałunek.
Lillith oderwała się od niej, na co ta jęknęła tęsknie.
- Do widzenia – rzuciła do chłopaka. - Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy – i kopniakiem zepchnęła go w ciemność. Ostatnie co zobaczył to Lust próbująca się odwrócić, podczas gdy Lillith trzymała ją w pieszczotliwym uścisku.
Spadał. Długo. Nieskończenie. Już nawet zaczęło mu się nudzić.


* * *


      Zamknął oczy. Doliczył do tysiąca. Następnie od tysiąca do zera. Nadal jednak nie dotarł do dna. Zaczął więc zastanawiać się, czy jakiekolwiek dno istnieje. W końcu i to przestało go interesować.
Gdy tylko przestał rozmyślać o upadku spadanie się skończyło. Uderzył ciężko o pylastą ziemię, przetoczył się po jakichś schodach i zatrzymał dopiero dobry metr dalej. Powietrze było ciężkie, pylaste, jak w dawno nieużywanym pomieszczeniu bez okien. Kichnął głośno. Przetoczył się na plecy i spróbował rozejrzeć. Otworzył oczy. Niebo było szare od chmur zapowiadających burzę. Poza kilkoma samotnymi skałkami i światłem miasta w oddali nie było tu nic. Spróbował się odwrócić i spojrzeć za siebie. Zobaczył wysokie obeliski stojące w okręgu na podwyższeniu na które prowadziły kamienne schody, z których przed chwilą się stoczył.
- Rzadki widok, pojawienie się twojego rodzaju tutaj - usłyszał męski, miękki głos za sobą. Odwrócił się gwałtownie i w efekcie przewrócił na bok. Przetoczył się by wypatrzeć mówcę. Ktoś siedział na kamieniu, na granicy jego wzroku. Nieznajomy wstał i podszedł do niego.
- Może pomóc? - zapytał. Ton był nader przyjazny, bez cienia złośliwości, co zaskoczyło chłopaka.
- Byłoby miło - odparł.
Mężczyzna bez cienia wysiłku podniósł go, postawił w pozycji pionowej i rozwiązał sznury.
- Dzięki - powiedział Franek rozcierając nadgarstki i odwracając się. Na widok swego wybawiciela aż odskoczył do tyłu.
- No co? - spytał nieznajomy.
- Czym ty kurwa jesteś? - zawołał chłopak.
     Przede wszystkim, jego rozmówca nie był człowiekiem. Miał pysk przypominający jelenia, burzę włosów koloru kory dębowej i jelenie poroże. Nie miał na sobie nic, ciało zasłonięte było przez porastające go pnącza. Skórę miał koloru leśnej ściółki.
- Jestem Atho - odparł tamten bez zmieszania. W jego głosie raczej dało się wyczuć pobłażliwą nutę. - Albo Cernussos. Ale Atho będzie łatwiejsze. A jak ciebie zwą?
- Franek - odpowiedział chłopak bez zastanowienia. Potrząsnął głową jakby odganiał coś. - Nie o to chodzi! - zawołał. Wziął głęboki oddech i zastanowił się. Krzykiem nic nie wskóra. - Czym ty jesteś? - powtórzył pytanie.
- Jestem bogiem życia i strażnikiem lasów.
Kowalewski teatralnie rozejrzał się po pustej przestrzeni.
- Dużo do stróżowania to nie masz, co? - rzucił sarkastycznie. Pierwsze zaskoczenie minęło, po części zastąpione ciekawością. - Co to w ogóle za miejsce?
- Pusty świat, do którego nas przepędzili misjonarze w czasie chrystianizacji - odparł bóg. - Tak, bardzo pusty - dodał po chwili zastanowienia.
- Ale tam coś jest - wskazał chłopak w kierunku miejskich świateł.
- To? To wymyślili Lordowie - powiedział Atho. Podrapał się w brodę w zamyśleniu. - Chyba strasznie podobają im się ludzie. W każdym bądź razie tam sobie mieszkają wszyscy, którzy wylądowali tu. Wyrzutki z innych wymiarów. Mitologiczne stwory i potwory niegdyś mieszkające w najdalszych planach egzystencji.
- To co, idziemy? - Franek ruszył w kierunku metropolii. Strażnik lasów zatrzymał go za ramię.
- Życie ci nie miłe?! - zagrzmiał. Przez chwilę wyglądał jak bestia. Zaraz jednak westchnął i znowu wyglądał łagodnie, przypominając jelenia. - To, co tam mieszka, jak tylko zobaczy człowieka, będzie chciało zabrać mu duszę. Nie polecam - powiedział cierpliwie.
- A po co im moja dusza?
- Żeby stąd wyjść. Przenieść się do waszego świata. Nie do końca wiem jak to działa... - znów drapał się pod pyskiem. Najwyraźniej robił to zawsze, kiedy myślał. - Ta brama jest jakoś ustawiona na was. Nadprzyrodzeni nie mogą jej sobie otworzyć ot tak. Zwłaszcza od tej strony. Lordowie z reguły dysponują odpowiednią mocą, jednak zapomniani bogowie już nie.
- A czy ja mogę sobie ot, tak tą bramę otworzyć i wrócić do domu?
- Nie - pokręcił głową. - Potrzebujesz jeszcze katalizatora, żeby nie stracić duszy. Wiem, gdzie taki jest, ale dorwanie go będzie ciężkie... Ale jest inny sposób. Będziesz musiał poczekać tydzień.
Franek spojrzał na Cernussosa przerażony. - TYDZIEŃ?! - wrzasnął. Rogaty bóg rozejrzał się bacznie czy ktoś ich nie usłyszał, jednak w pobliżu nikogo nie było.
- Ja nie mam tyle czasu! Ja mam jutro randkę! - krzyczał chłopak.
- Za tydzień brama będzie... powiedzmy, że ponownie naładowana. Myślę, że mając człowieka po swojej stronie, będę wstanie otworzyć ją bez katalizatora.
- Co?
- Brama posiada własną energię - Atho mówił jak nauczyciel z podstawówki, z tą różnicą, że jego głos dodatkowo sprawiał, że aż chciało się go słuchać. Niekoniecznie od razu się z nim zgadzać, ale po prostu wysłuchać, co ma do powiedzenia. - To działa jak... maszyna. Potrzeba dużo energii, żeby jej użyć. Rozładowywuje się przenosząc coś ze świata do świata, po czym jest wyłączona, póki energia ponownie się nie skumuluje. A że energia duchowa wisi tu w powietrzu jak gęsta mgła, trwa to stosunkowo krótko.
- Tydzień? - upewnił się chłopak.
- Tydzień.
- Nie mam tygodnia! Ja mam jutro randkę!
- Albo to - stwierdził Cernussos. - Albo targowanie się z jednym z Trzynastu Lordów.
- No to w drogę - i Franek ponownie ruszył w stronę miasta.
- Ale to jest skrajnie niebezpieczne! Możesz nawet zginąć!
Chłopak wzruszył ramionami. - Nic nie jest bardziej niebezpieczne od wściekłości Anastazji.

* * *

        Do miasta dotarli po długim, nużącym marszu, podczas którego Franek czuł się, jakby w ogóle się nie przemieszczał. Widział swój cel, i było to w zasadzie wszystko w ogromnym oceanie brunatnej szarości. Jakby droga zamieniła się w bieżnię ustawioną na najniższy poziom.
W końcu jednak, po męczącej i frustrującej nieskończoności, na horyzoncie wyrosły pierwsze budynki. Proste budy przypominające trochę domki ze starych, amerykańskich westernów. Franek co chwilę widział kształty w oknach. Najwyraźniej byli obserwowani.
- Nie gap się - rzucił Cernussos. Z lekko pochyloną głową szedł przed siebie ignorując otoczenie.
Franek oczywiście przyjrzał się jeszcze raz. Rogaty bóg złapał go za ramię, pociągnął przed siebie i siłą ustawił mu głowę w kierunku marszu.
- Mówiłem, żebyś się nie gapił - warknął. - Życie ci nie miłe?
- Kto tu mieszka?
- Najgorsze szumowiny. Ci, którzy nie potrafili znaleźć miejsca w społeczeństwie.
- Potwory które nie mogły się odnaleźć wśród potworów? - chłopak aż przystanął przyswajając tą informację.
- Ej, nie wszyscy z nas to potwory z waszych koszmarów - odparł bóg. - To, że wylądamy inaczej, nie oznacza, że zaraz będziemy pożerać wasze dzieci.
       Młodzieniec stwierdził, że woli to przemilczeć. Cóż, może to tylko zbieg okoliczności, że akurat takie kreatury najczęściej pojawiały się po tamtej stronie.
      No dobra, nie tylko, zreflektował się po chwili. Zwykłe humanoidy też spotykał. Jeden wciąż u niego mieszkał.
    W końcu dotarli do właściwego miasta. Budynki tutaj przypominały zabudowania z czasów międzywojennych, więc Franek czuł się prawie jak u siebie. Mógłby prawie przysiądz, że wie, na jakiej jest ulicy i którędy iść do domu. Największą różnicą między tym a jego światem była atmosfera - ciężka, wręcz szarobrunatna jak chmury. Brak słońca nawet jemu, nocnemu człekowi który większość czasu spędza w domu, dawała się we znaki.
    Dopiero po chwili zorientował się, że przechodnie wokół nich nie są ludźmi. Zatrzymał się zdziwiony, po czym się zreflektował. Przecież to oczywiste, że nie otaczają go ludzie. Jednak kiedy jest się człowiekiem, który idąc ulicą stara się omijać wzrokiem kogokolwiek wokół, w pewnym momencie innych po prostu się nie zauważa.
      Z drugiej strony otaczające go stworzenia nie były aż tak potworne, jak mógłby się spodziewać. Succuby, inccuby, satyry, centaury, bykopodobni olbrzymi mający na spokojnie ponad dwa metry, by wymienić tylko kilka z napotkanych ras. Każdy napotkany osobnik był niespodziewanie humanoidalny. A pewnie był to dopiero wierzchołek góry lodowej całej populacji.
- Ciekawe... grono - rzucił Franek, głównie po to, by przerwać ciszę. Była jakaś taka niezręczna. Cernussos nie odpowiedział. Szedł przed siebie co jakiś czas tylko spoglądając wielkimi oczyma na przechodniów, którzy odwarzyli się nimi zainteresować. Ci natychmiast spuszczali głowy, niektórzy nawet opuszczali niżej czapki bądź kapelusze, i przyspieszali kroku. Rogaty bóg najwyraźniej był znanym indywiduum i miał raczej nienajlepszą renomę. Przynajmniej nikt nie zawracał im głowy, pomyślał Franek. Nawet nie próbował wyobrażać sobie, co by się działo, gdyby wszedł do miasta sam. Pojawienie się człowieka wywołałoby nie lada zamieszanie.
     W końcu dotarli do celu obranego przez leśnego boga. Był to bar, jedyny, jaki Kowalewski widział po drodze. I był to jeden z najlepszych lokali, jakie miał okazję odwiedzić w życiu. Nie, żeby było tego jakoś dużo.
      Przede wszystkim panował tu atmosferyczny półmrok. Ściany były ciemnobrązowe, siedzenia trochę jaśniejsze, jak w amerykańskich przydrożnych jadłodajniach. Nie dało się powiedzieć tu o ekstrawagancji, jednak w samym miejscu było coś nieuchwytnego, co sprawiało, że chciało się tam siedzieć. Czy była to rogata dziewczyna za barem witająca każdego skromnym, lecz zachęcającym uśmiechem, czy niegłośna muzyka w tle, ciężko było stwierdzić. W każdym razie pierwsza myśl, jaka przyszła Frankowi do głowy, to że gdyby mieszkał w pobliżu, zostawiłby tu całkiem sporo pieniędzy. Jeśli ktoś go znał wystarczająco długo, wiedziałby, że była to najwyższa pochwała w jego wykonaniu.
     Cernussos wskazał chłopakowi żeby zajął miejsce w najdalszym rogu i sam udał się do baru. Kowalewski popatrzył na siedzących klientów, którzy w momencie, w którym wszedł do środka wpatrywali się w niego czujnymi spojrzeniami. Kilkanaście par i jedno oko pełnych ostrożności, zaskoczenia, zaciekawienia, i czegoś, co młodzieniec oszacował jako żądzę, co przyprawiło go o dreszcz. W końcu jednak zmusił się do odwrócenia wzroku od zebranych jednostek i ruszył w stronę ciemnego kąta lokalu. Usiadł i spróbował stać się jednością z cieniem, byleby tylko przestali się na niego gapić. W końcu każdy odwrócił od niego wzrok tracąc zainteresowanie - wszak nie robił nic nadzwyczajnego, co najwyraźniej zawiodło co poniektórych. Po niedługiej chwili na przeciw niego usiadł Atho, z dwoma kuflami, stawiając jeden przed Kowalewskim. Od tego momentu osoby siedzące najbliżej nich, wraz z podejściem rogacza, zaczęły nie patrzeć w ich stronę jeszcze bardziej.
- No więc - odezwał się Cernussos. - Po co tu przyszedłeś?
- Nie przyszedłem - odparł Franek. - Zostałem wrzucony - podniósł kubek i zajrzał do środka. W środku była gęsta, żółtawa ciecz.
- To piwo - wyjaśnił bóg życia. - Znaczy, coś najbliższe ziemskiemu piwu. Jak pewnie zauważyłeś, nie chodujemy tutaj chmielu, więc nie pędzimy go w normalny sposób.
- Chyba nie chcę znać szczegułów produkcji czegokolwiek w tym świecie - odparł młodzieniec i wziął spory łyk. Ostatkiem sił powstrzymał się od wyplucia napoju w twarz swego rozmówcy. Smakowało jak sok, który bardzo chciał stać się alkoholem, porządnie sfermentował, tylko ktoś potem chyba nie do końca rozumiał na czym polega produkcja wina, więc wsypywał wszystko co w jego mniemaniu sprawi, że jego produkt będzie smakował dobrze. W wyniku tego powstała mieszanka cynamonu, cukru, pieprzu, papryki, sosu tabasko, wspomnienia musztardy, z piwną goryczą niczym wisienka na torcie. Zdecydowanie nie było to coś zdatnego do picia.
- Chyba podziękuję - bąknął Franek odkładając naczynie na stół. Zerknął na Atho, ten jednak zupełnie się nie przejął. Spokojnie wypił swój napój i sięgnął po "piwo" Kowalewskiego. Najwyraźniej mu smakowało.
- Zawsze mamy jeszcze wodę - mruknął lasiasty bardziej do siebie niż do Franka. - Ciężko będzie utrzymać cię przy życiu, jeśli nie będziesz nic pił...
- Nie trzeba będzie utrzymywać mnie tutaj przy życiu, jeśli powiesz mi, jak się stąd wydostać.
- Mówiłem ci to, musisz poczekać tydzień.
- A ja ci już mówiłem, że nie mam tygodnia.
     Taka kłótnia mogłaby się ciągnąć w nieskończoność, i obaj doszli do takiego wniosku jednocześnie. Jeden drugiego nie przekona, zresztą Kowalewski nie należał do dyplomatów. Z prostego powodu, nie miał cierpliwości. I charyzmy. Która, według niektórych, tkwiła gdzieś głęboko ukryta i wystarczyłoby nad nią trochę popracować. To jednak wymagałoby niejakiego wysiłku i kontaktu z ludźmi.
- Jak to w ogóle jest z tym... światem? - spytał Franek. Wypadałoby skorzystać z okazji i dowiedzieć się o tym miejscu ile się da. Kto wie, kiedy taka wiedza może się przydać. Specjalista od nadnaturalności powinien się znać. Sam fakt, że nie był świadom takiej zbieraniny był trochę... przerażający.
- Ten świat zawsze był, jest i będzie - stwierdził Cernussos zamyślony. - W sumie jak wasz.
- A skąd wzięły się tu te wszystkie... - chłopak urwał na chwilę nie będąc pewnym jakiego słowa użyć. Nie chciał się narażać. A był pewien, że ich słuchali.
- Niektórzy już tu mieszkali. Różne pomniejsze rasy, które nie odnalazły się w swoim świecie. Demony, które miały dość walk z aniołami... No a potem wy wypędziliście nas, to jest bóstwa, z waszego świata w ramach chrystianizacji.
- A czemu brama znajduje się akurat we Wrocławiu?
- Bramy są rozrzucone po całym świecie. Ta, którą ty przybyłeś, została odkryta przez Niemców i szczelnie zamknięta, oraz dokładnie badana. Nic oczywiście nie odkryli. Jesteście o wiele lat za młodzi, żeby zrozumieć, jak działają takie mechanizmy.
Franek już prawie odpowiadał zmyślną ripostą, kiedy przypomniał sobie jego początki z używaniem rękawicy do pozbawiania nadnaturalnych stworów mocy. Nie były to najszczęśliwsze chwile w jego życiu.
- No dobra - mruknął. - Jeśli tu wpadłem, to mogę też wypaść...
- Za tydzień - przerwał mu Atho.
- Nie mam tygodnia! - zawołał ponownie. - Po prostu zaprowadź mnie do tego, kto ma obecnie katalizator i resztą zajmą się sam.
- Nie zajmiesz się. Nawet do niego nie podejdziesz. Otaczający go ochroniarze pożrą cię żywcem z samej racji tego, że jesteś człowiekiem. A nawet jeśli cię do niego dopuszczą, to staniesz się jego zabawką. Tak czy siak, nie masz szans.
- Jesteś strażnikiem życia, tak? - wypalił nagle chłopak.
- Tak... I co? - to pytanie najwyraźniej trochę zbiło Cernussosa z tropu.
- Więc, w sytuacji takiej jak ta, kiedy znalazł się tu człowiek, twoim zadaniem jest go chronić, tak?
- Tu bym się sprzeczał. Ale załużmy, że tak.
- W takim razie musisz mi pomóc, bo inaczej zwiędnę i nie przeżyję tygodnia - oznajmił Franek z szerokim uśmiechem zwycięzcy.
- Ale ludzie nie więdną - odparł rogacz.
- Zwiędnę, uschnę, zmarnieje, zginę. Po prostu zginę. Nie przetrzymasz mnie tutaj cały tydzień.
Cernussos odłożył kufel, który cały czas trzymał w dłoniach. Długo spoglądał na Franka, jakby szukając natchnienia. W końcu wydał z siebie głośne westchnienie, które przypominało prychnięcie byka szykującego się do szarży. Tylko trochę dłuższe i mimo wszystko spokojniejsze.
- No dobra - odparł. - Im szybciej stąd wyjdziesz, tym rzeczywiście lepiej. Ale! - podniósł jeden palec zanim zadowolony Kowalewski zdążył się odezwać. - Robimy wszystko po mojemu.
- Mi się podoba, byle bym stąd wyszedł - odparł chłopak. - To gdzie idziemy?
- Na razie do mnie. Do niego udamy się jutro.
Rogaty dokończył drugie piwo i wyszli z baru.


* * *


     Noc spędzili gdzieś w głębi miasta. Frankowi strasznie brakował sensownego odniesienia do jakiegoś miejsca. Na przykład we Wrocławiu, określając położenie czegoś, odnosił się do położenia względem rynku, a dokładniej placu z Ratuszem. Tutaj niczego takiego nie było. Tak jak w Hiszpanii, nie było "centum" miasta. Miasto po prostu było. Plątanina podobnych do siebie ulic pełnych wszystkiego co powinno w mieście się znajdować.
      Miejscówki Cernussosa nie dałoby się pomylić z niczym innym. Był to sporych wielkości martwy pień drzewa wbijający się w nieduży budynek. Martwy olbrzym robił za wejście do kwadratowego pokoju bez mebli. Wszystko było w kolorach wyblakłego drewna.
- Ładnie tu - mruknął Franek sarkastycznie.
- Śpij - zakomenderował rogaty bóg. Kazał chłopakowi usiąść pod ścianą i palcem dźgnął go w czoło. Kowalewski natychmiast osunął się w przyjemną nieświadomość.
       Gdy się obudził, był już dzień. Zorientował się po tym, że było jaśniej. Nie tak jak za dnia w jego świecie, gdzie słońce zachodziło i wschodziło. Było to raczej tak, jak w laptopie, kiedy bateria była bliska wyczerpania. Nagle światła jest po prostu mniej. Tak też było tutaj, z tym, że chłopak zauważył to dopiero po obudzeniu się. Przejście w ciemniejszą porę dnia było tak płynne, że wzrok przyzwyczajał się na bieżąco. Teraz zaś, gdy się przespał, różnica między wcześniejszym półmrokiem a obecnym światłem była na tyle drastyczna, że potrzebował tradycyjnej chwili, żeby zacząć widzieć wyraźniej.
- Idziemy - powiedział Atho na dzień dobry, gdy zobaczył, że Franek wstał. Rzucił mu kilka ciemnoniebieskich jagód. - Zjedz to.
     Chłopak przyjrzał się owocom podejrzliwie. Nie miał żadnych powodów, by ufać leśnemu bogu, mimo iż ten jak dotąd nie okazał wrogich zamiarów. Tym bardziej powinien być przy nim ostrożny. Jednak żołądek nader głośno się domagał śniadania, więc wsypał całą garść do ust. Były kwaśnosłodkie. I niespodziewanie sycące.
- Co to? - spytał z pełnymi ustami.
- Jagody.
- Jak mogą tu istnieć jagody, jeśli nigdzie nic nie rośnie?
- Jestem bogiem życia. To drzewo w zupełności wystarczy, żebym coś wyhodował.
Franek kiwnął tylko głową na znak, że zrozumiał. Bogowie i ich sztuczki. Lepiej nie wdawać się w szczegóły. Po dziś dzień nie rozumiał, co się wydarzyło w ośrodku, do którego dawno temu wylądowała Eliza.
    Wyszli z domu. Niedługo trwało, zanim Franek się pogubił. Wszystkie budynki wyglądały jednakowo, jak stare poniemieckie kamienice, z takimi samymi zdobieniami, takimi samymi balkonami i o ścianach w tych samych kolorach. Gdyby nie zmieniające się sklepy i bary, zacząłby się zastanawiać, czy w ogóle gdzieś się poruszają.
       W końcu jednak gdzieś dotarli. Niskie budynki mieszkalne nagle zostały zastąpione wysokimi na kilkanaście pięter metalowymi, smukłymi olbrzymami o oszklonych ścianach. Przypominało to trochę dzielnicę handlową Londynu, czy też nowojorskie Wall Street, odjąć ogromne kamienne bloki, i zastąpić je smukłymi drapaczami chmur. Każdy napotkany osobnik miał na sobie garnitur - bądź też przynajmniej marynarkę, w przypadku centaurów.
- Co to za miejsce? - spytał Franek z głową uniesioną w górę.
- Siedziby bogów. I oczywiście Trzynastu. Jeśli szukasz tych, którzy są przy władzy, to ten adres - odparł Cernussos. Zdecydowanym krokiem parł przez tłum.
- Jeśli mieszkają tu bogowie, czemu ty nie masz tu swojej miejscówki?
- Bo mieszkają tu jedynie bogowie, którzy mają jeszcze wyznawców.
      Na te słowa Franek zaczął czytać tabliczki. Znalazł Valhallę, Olimp, oraz kilka zupełnie nic nie mówiących mu miejsc z nieznanych mu religii. Patrząc na rozmiar całej dzielnicy, ilość rezydentów była ogromna. Chłopak miał tylko nadzieję, że nie znajduje się wśród nich więcej takich popaprańców jak Voland.
        Atho zaprowadził go do ogromnej konstrukcji nie przypominającej niczego w okolicy. Pierwsze, co nasunęło się chłopakowi na myśl, to "starość". Budowla wyglądała jak ogromny, szerszy niż wyższy, kościół z czasów Wiktoriańskich. Wyróżniała się także barwą, ciemnozłotem wyglądającym na troszeczkę zaśniedziały, co zaskakująco dodawało całości pewnego uroku.
       W środku wyglądało conajmniej dziwnie, staro i majestatycznie z domieszką mistyczności. Dwie duże nawy boczne były puste, nie licząc jakichś obrazów na ścianach. Było zdecydowanie zbyt ciemno, by Franek dojrzał, co przedstawiają. Przez środek ciągnął się wyblakły czerwony dywan, który kończył się przed półokręgiem schodów prowadzących do podwyższanie. Kręciło się tam kilka postaci, które Kowalewski z początku wziął za zwykłych ludzi, póki nie dostrzegł u nich rogów, kiedy podeszli bliżej. Na środku stało krzesło, wyglądające jak wyjęte z filmu sci-fi, brudnobrązowe i sprawiające wrażenie, jakby unosiło się centymetr nad posadzką. Na nim siedziała kupa łachmanów z kapturem, z którego spoglądał na nich nieprzenikniony mrok.
- To on? - szepnął Franek cicho. Atmosfera miejsca sprawiała, że wręcz bał się mówić głośniej. Jeszcze się coś zawali czy coś.
Cernussos kiwnął głową. Podszedł pod same schody.
- No cześć - rzucił jak gdyby nigdy nic.
- Cernussos, strażnik lasów i bóg życia - ze sterty szmat wydobył się charkliwy, starczy głos. Mimo chwiejności tonu najwyraźniej spowodowanej wiekiem, Kowalewski wyczuwał w nim ogromne pokłady mocy. Voland, który do tej pory był jego najpotężniejszym oponentem, wydawał się być nic nie znaczącą płotką wśród grubych ryb bytów nadnaturalnych. A przecież był jednym z Lordów.
- Cóż sprowadza cię w moje skromne progi? - nie było w nim pogardy, raczej nutka rozbawienia, jakby zwracał się do dziecka. Dość niesfornego, które jeszcze chwilę temu było gotowe zawojować świat, a teraz potrzebowało pomocy z zawiązaniem buta.
- Mnie? Nic - Atho zdawał się być zupełnie niewzruszonym ani postawą ich rozmówcy, ani wyraźnej aury wokół nich. A przecież trząsł się jak osika na samą myśl o przyjściu tutaj. - Za to ten tutaj ma do ciebie interes.
- Interes! - stwór najwyraźniej się ożywił. - Podejdź bliżej, młody człowieku - ze szmat wychynęła krucha, wychudzona ręka wyglądająca jakby zaraz miała się rozsypać i kiwnęła na Franka.
- Skąd wiesz, że jestem człowiekiem? - spytał wchodząc na schody.
- Ja wiem wszystko - przez krótką chwilę chłopak był pewien, że spod kaptura błysnął szeroki uśmiech.
- Więc pewnie wiesz też, co mnie tu sprowadza?
- Zaiste - odparł tamten. Kupa łachmanów zatrzęsła się, i po chwili pojawiła się dłoń trzymająca kulę. Była złota, a jednocześnie sprawiała wrażenie niematerialności. W środku najwyraźniej coś się ruszało, jakby złocisty dym.
- Katalizator - szepnął Franek. Przedmiot zrobił na nim większe wrażenie, niż by się spodziewał.
- Dam ci go - stwierdził ich gospodarz dość beztroskim tonem. - Pod jednym warunkiem.
- Coś mam zrobić? Szerzyć wiarę w ciebie na Ziemi? Zbudować ci ołtarzyk? - spytał Franek zakładając ręce na piersi. Był przygotowany na conajmniej niemożliwe zadanie. Nic nigdy nie było łatwe i proste.
- Zagrasz ze mną w grę - powiedział stwór.
Zapadła cisza przesycona pełnym niedowierzania zdziwieniem.
- Co? - bąknął Franek w końcu. Był pewien, że się przesłyszał.
- Zagrasz ze mną w grę - powtórzył starzec. - Dokładniej w bilarda. Dawno nie grałem i mam ochotę na bilarda.
Gdyby nie wiekowy głos Kowalewski byłby pewien, że rozmawia z dzieckiem.
- I tyle? - upewnił się. - Mam zagrać z tobą w bilarda, i potem oddasz mi Katalizator?
- Dokładnie tak.
- No dobra - Franek wzruszył ramionami. Rozejrzał się wokół siebie. - Nigdzie nie ma stołu.
- Przejdziemy tu.
Krzesło odwróciło się i przesunęło się pod ścianę. Dopiero teraz chłopak zwrócił uwagę na to, co się tam znajdowało. W murze wykuty był portal. W momencie gdy starzec sie zbliżył, ściana wewnątrz okręgu zafalowała i została zastąpiona szarym całunem.
- Zapraszam - stwór wykonał zachęcający gest.
Franek spojrzał na Cernussosa. Rogaty bóg prychnął niezadowolony i odwrócił głowę. Chłopak pomachał do niego pewnym krokiem wszedł w całun.


* * *

      Istnieje na świecie pula snów, które przyśniły się każdemu człowiekowi na świecie co najmniej raz. O spadaniu, o wyjściu nago na scenę, o gonieniu czegoś przez las, o byciu gonionym przez las, i tak dalej. Jest także sen o mgle. Szarej, gęstej tak, że ledwo widzi się palce wyciągniętej przed siebie ręki. I poza tą mgłą nie ma zupełnie nic.
       W takiej właśnie przestrzeni znalazł się Franek. Było tu chłodno i dosyć wilgotno. W zasadzie jak zawsze przy obecności mgły. Panowała zupełna cisza. Gdyby miał przy sobie książkę, chłopak chętnie spędziłby tutaj całkiem długą chwilę.
        W końcu jednak spokój został niezbyt brutalnie, ale stanowczo przerwany. Kowalewski usłyszał - prawdopodobnie za sobą, choć głowy by nie dał - kroki.
- Chodź za mną - powiedział mężczyna, który nagle wyłonił się spośród szarawych kłębów. Miał na sobie elegancką koszulę koloru kawy z dużą ilością mleka, czarne szelki i garniturowe spodnie. Był siwy, krótko przystrzyżony, bez śladu siwizny sugerującej podeszły wiek i krótką brudkę przypominającą nierozwinięty kwiat.
      Franek podreptał za nim. Wrażenie było takie, jakby w ogóle się nie przemieszczał, chociaż wyraźnie czuł twardy grunt pod stopami. Po marszu trwającym conajmniej jedną wieczność prowadzący go jegomość przystanał przed czymś przysłoniętym białą satyną. Jednym zgrabnym ruchem odsłonił bogato zdobiony stół bilardowy. Ciemne drewno było pełne ornamentów, zaś materiał na blacie wyglądał jak świeżo posadzona trawa. Bile były już ustawione. Przed nimi czekały ułożone wzdłuż dwa jasne kije.
- Zapraszam - powiedział mężczyzna odkładając materiał i łapiąc za jeden, po czym wykonał zachęcający gest w stronę chłopaka.
- Myślałem, że będę grał ze starcem sprzed portalu - rzucił łapiąc za drugi kij i odruchowo rozglądając się za kredą.
- Ja jestem tym... starcem - odparł elegant. Wyciągnął kredę z kieszeni, przetarł koniec kija i rzucił kostkę Frankowi.
Chłopak przyjrzał się swojemu oponentowi jakby zobaczył go pierwszy raz.
- Przed chwilą wyglądałeś, jakby siedzenie na krześle było szczytem możliwości - zauważył.
Elegant zrobił nieokreślony ruch ręką. - Magia miejsca poza czasem - odpowiedział z lekkim uśmiechem. - Orzeł czy reszka? - spytał pokazując monetę.
- Orzeł.
      Mężczyzna podrzucił monetę, złapał i położył na tylnej części dłoni. - Zaczynasz - powiedział cały czas uśmiechnięty. Było w tym uśmiechu coś dziwnego, jakby lekkie politowanie?
Franek podszedł do stołu. Ułożył kij za białą kulą i przymierzył się do oderzenia. Spojrzał jeszcze raz na bile ustawione w trójkąt i zamarł.
- Nie ma połówek - powiedział podnosząc głowę.
- Jedne bile to planety, drugie to słońca - odparł jego przeciwnik. - Ósemka zaś jest... cóż, załóżmy, że po prostu czarna.
Chłopak zerknął jeszcze raz. Rzeczywiście, wewnątrz kuli leżącej na przodzie obracał się miniaturowy Saturn.
- Ekscentrycy - mruknął chłopak, wzruszył ramionami, wziął głęboki oddech, i uderzył.
Rozszedł się krystaliczny dźwięk uderzenia i biała kula poleciała w stronę piramidki. Szkło uderzyło o szkło i paleta planet i gwiazd zamkniętych w kryształowych pojemnikach rozsypała się po stole.
Biała bila - jedyna bez ciała niebieskiego w środku - zatrzymała się przy bandzie, zaś na jej powłoce pojawiła się twarz Franka. Chłopak długą chwilę parzył swoją miniaturkę w osłupieniu.
- Co to - wydukał. - Co to ma znaczyć?
- Och, to nic groźnego, nie martw się - zbył go gospodarz machnięciem ręki. Rzucił okiem na stół i ustawił się przy białej sferze.
      Kilka kolejnych kolejek minęło bez żadnych rewelacji. Grali w absolutnej ciszy, przerywanej jedynie zderzeniem bil i sporadycznymi zadowolonymi mruknięciami przeciwnika Franka. Był to rodzaj ciszy, który najbardziej irytował chłopaka, tak więc w końcu postanowił ją przerwać.
- Masz jakieś imię? - spytał wbijając trzecią w całym meczu bilę do kieszeni. Trafiły mu się gwiazdy, i jak dotąd okazały się dla niego szczęśliwe. Jego oponent jak dotąd wbił jedynie Pluton.
- Pomyślmy... - jegomość zastanawiał się przez chwilę, jakby musiał sobie przypomnieć, jak się nazywa. - Chron - stwierdził w końcu.
- Ciekawe imię - odparł Kowalewski, w celu podtrzymania rozmowy. - Nadane czy przyjęte?
- I jedno, i drugie - odparł tamten uśmiechając się trochę szerzej niż dotej pory. - Graj - wskazał na stół.
       Franek zlustrował sytuację i wybrał sobie bilę, którą łatwo będzie w stanie wbić. Uderzył w białą i w tym momencie dostał jakby zawrotów głowy. Przed oczami mignął mu obraz, jakby film odtwarzany na dziesiętnym przyspieszeniu. Nie zdążył nawet zorientować się co to było, jedynie dziwna pewność, że była to noc, było zimno i smutno i miało to związek z Elizą. Co było zupełnie dziwne, wszak nie widział jej od ponad roku, a może nawet dłużej, i nawet już o niej nie myślał. Kiedy doszedł do siebie i podniósł głowę - nawet nie zdawał sobie sprawy, że prawie wisi na stole - zobaczył, że Chron się uśmiecha. Nie, nie tak jak przez cały czas do tej pory, życzliwy uśmiech lokaja obsługującego gości. Ten był szerszy, ostrzejszy, podszyty chytrością i złośliwością.
- Co to było? - bąknął chłopak złapawszy oddech. Oczywistym było, że jego gospodarz miał coś wspólnego z nagłą plejadą wspomnień. Dość niemiłych w dodatku.
- Taki mały dodatek do gry - odparł Chron beztrosko. - Widzisz, to nie jest taki zwykły bilard. Tutaj bila dostraja się do grającego. Wyciąga z niego wszelkie wspomnienia. Im starsze, im mroczniejsze, tym lepiej. Taki... - zawiesił głos na moment szukając odpowiedniego określenia. - Sprawdzian siły woli? Duszy! - zawołał. - O wiele lepiej brzmi, prawda?
- Nie mówiłeś, że przyszykowałeś aż takie atrakcje - odpowiedział Franek próbując odzyskać chociaż część zwykłego animuszu po tym, jak go zgięło w pół. Brzmiał o wiele mniej pewnie niż by sobie życzył.
- Na prawdę myślałeś, że wystarczy rozegrać ze mną zwykłą partię zwykłego bilarda?
Chłopak wzruszył tylko ramionami. Zerknął na stół. Bila, w którą celował zatrzymała się na samej krawędzi, tak, że byle chuchnięcie powinno ją wpakować w kieszeń. Wziął głęboki oddech i uspokoił. Jedno mignięcie kogoś, kto był mu bliski nic nie zmienia. Więcej, Eliza już dawno go nie interesowała. Jest tu tylko po to, żeby zdobyć katalizator, uruchomić portal i zdążyć na randkę. Gra zapewne stanie się teraz trudniejsza, więc po prostu będzie musiał być ostrożniejszy. I może skończyć ją trochę szybciej niż zamierzał.
      Od teraz rozgrywka stała się przede wszystkim wycieńczająca, tak psychicznie, jak i fizycznie. Za każdym razem, gdy Franek uderzał poraz pierwszy w swojej turze, zalewała go fala wspomnień. Były raczej losowe, i z całą pewnością nieprzyjemne. W ciągu jakichś trzydziestu minut - czysto teoretycznie, w przestrzeni w której się znajdowali traciło się zupełnie poczucie czasu - chłopak przeżywał podzielone na epizody wszelkie swoje porażki, błędy, sytuacje, które mógł rozegrać lepiej, i, co chyba irytowało go najbardziej, nieudane momenty życia miłosnego. Za każdym razem gdy jego niefortunne przygody migały mu przed oczami czuł się coraz słabiej. Z tego tytułu też zmarnował też kilka wspaniałych okazji na zakończenie gry. Do tej pory wygrywał czterema punktami. Obecnie Chron dogonił go, a nawet przebił o jedną bilę. I najwyraźniej z każdym kolejnym wspomnieniem bawił się coraz lepiej.
- Wiesz, jeśli masz dość, możesz się poddać - powiedział nagle, gdy Franek, ciężko oddychając po najnowszym odcinku "Jak nie obchodzić się z dziewczynami", zepsuł kolejne uderzenie.
- Chyba... - wziął głęboki oddech i zacisnął zęby. - Cię pogięło - dokończył z determinacją. Usiadł na ziemi nie mając siły stać, i kredą szorował szpic kija z taką zawziętością, jakby chciał go spiłować.
- Ciekawe, jak długo wytrzymasz - mruknął stwór w odpowiedzi. Podszedł zadowolony do stołu i wbił swoje dwie ostatnie bile. Od zwycięstwa dzieliła go czarna. Uderzył na odlew i zrobił krok do tyłu.
- Zapraszam - rzucił ochoczo.
     Franek musiał podepszeć się żeby podnieść się na nogi. - Zrobiłeś to specjalnie - burknął niezadowolony. Nienawidził, kiedy ktoś bawił się grą, zamiast go wykończyć. Z tego właśnie powodu przestał grać w gry internetowe przciwko innym graczom. Nie miał cierpliwości do przeciwników. Zwłaszcza tych, którzy go pokonali.
Podszedł do stołu i uderzył. W momencie gdy kij dotknął białej bili cała powierzchnie stołu zalśniła i z zielony materiał zamienił się w czarną powierzchnię usłaną gwiazdami. Franek z kolei miał wrażenie, że jego głowa zaraz eksploduje. Oczy zaszły mu mgłą...
       Stał we własnym mieszkaniu. W salonie, precyzyjniej mówiąc. Przy stole pod ścianą siedziała Eliza. Na środku leżało pudełko z ledwie napoczętą pizzą i dwie szklanki napełnione colą - oczywiście chłopak zapomniał kupić wino. Dziewczyna coś mówiła, z początku jednak nie docierały do niego żadne dźwięki. Było to trochę jak jeden z tych snów, kiedy widzisz wszystko normalnie z pierwszej perspektywy, jednak nie masz wpływu na własne działania. Niesamowicie nieprzyjemne uczucie, kiedy już uświadomisz sobie, że to sen. Z reguły zaraz po przebudzeniu w umyśle kręciła się jeszcze przez chwilę taka myśl, że może nadal tak będzie, że będziesz jedynie obserwatorem we własnym ciele. Na szczęście wrażenie to ulatniało się jak tylko człowiek zdecydował, że czas opóścić przyjemne łóżko i stawić czoła rzeczywistości. Ta nowa forma wspomnienia zupełnie go zaskoczyła.  Do tej pory przed jego oczami pojawiała się jedynie migawka obrazków
     W końcu włączył się dźwięk. Słowa Elizy nagle do niego dotarły, razem ze zrozumieniem sytuacji. Był to wieczór, kiedy się rozstali. Albo, jak to cały czas mówił, Eliza go rzuciła. Nigdy wcześniej - i później z resztą też - nie żałował niczego tak bardzo, jak podanie byłej dziewczynie ręki na pożegnanie, jakby wszystko było w porządku. Nie było w porządku. W zasadzie, było bardzo, bardzo nie w porządku. Stuprocentowa odwrotność wszystkiego w porządku. Stał nie mogąc usiedzieć w miejscu, podczas gdy osoba, która była całym jego światem wymieniała powody, dla których nie powinni się więcej spotykać. Z dużą częścią się nie zgadzał, sporo było wziętych zupełnie znikąd, i tylko parę rzeczywiście musiał przyznać, że były trafne. Powód, dla którego się nie sprzeciwiał, to poczucie totalnego zdruzgotania. Jakby ktoś, kto poznał go w stu procentach, wykorzystał teraz tą wiedzę przeciwko niemu. Nawet nie "jakby". Dokładnie tak właśnie było. W ciągu kilkunastominutowego monologu dowiedział się, jak bardzo nie rozumiał drugiego człowieka, że jest wielkim, egoistycznym i zamkniętym na świat introwertykiem nie potrafiącym się zdobyć na choćby odrobinę poświęcenia, że spędzenie czasu z Elizą to dla niego szczyt niemożliwości, że jest do niczego, ma głupie pasje i do niczego zapewne w życiu nie dojdzie. Tyle przynajmniej zapamiętał. Obecnie słyszał to wszystko ponownie, jeszcze bardziej zdruzgotany i jeszcze bardziej nie mogąc zareagować.
        Kiedy w końcu Eliza skończyła, wstała od stołu, podeszła do niego, rzuciła coś jeszcze blado się uśmiechając, i wyciągnęła ku niemu dłoń, na znak rozejścia się w przyjaźni. Którą, tak jak wtedy, wbrew sobie potrząsnął. Po chwili zaś stał w chłodnym pokoju zupełnie sam, gapiąc się na stygnącą pizzę niewidzącym wzrokiem, powoli analizując usłyszane słowa i czując się tak, jakby właśnie cały świat mu się zawalił.
        Po wieczności, która przeciągała się niemiłosiernie, pokój zniknął, a Franek znów znajdował się w przestrzeni bez czasu. Siedział na kolanach, z poczuciem niesamowitej pustki, zupełnie jak tamtego wieczoru, nie potrafiąc ani się poruszyć, ani wydać żadnego dźwięku. Oczy mu zwilgotniały, a w uszach brzęczały mu w kółko powtarzające się słowa Elizy jakby ktoś gwałcił przycisk REPLAY w odtwarzaczu. Tymczasem Chron stał przy stole i chichotał.
- No no - powiedział wesoło. - Tośmy się dokopali do czegoś ciekawego!
Wszystko nie miało sensu, kotłowało się we frankowej głowie. Nic z tego nie będzie. Wylądował gdzie wylądował, i już nie wróci. A może to nawet lepiej dla świata? Że tak sobie zniknie? I tak nikt za nim nie zatęskni.
        W jednej chwili cała pewność siebie z niego uleciała.
Chronos, cały czas się śmiejąc, uderzył na odlew odbijając białą bilę, starannie tak celując, żeby ominęła czarną, tym samym dając Frankowi świetną okazję do zakończenia gry.
- Ojej - westchnął z udawanym niezadowoleniem. - Tak nie trafić w takiej sytuacji! - jego głos wyraźnie pokazywał, że naigrawa się z przeciwnika. - Coś mi mówi, że może mnie to kosztować mecz!
Franek powoli wstał. Wzrok miał potwornie pusty. Jakby uleciała z niego wola życia.
Słowa potrafią spowodować straszne spustoszenie w duszy człowieka.
     Ustawił bilę na linii startowej, przymierzył się, uderzył od niechcenia. Kula przetoczyła się po stole, odbiła się od bandy, i gdy obaj myśleli, że się zatrzyma, ta musnęła ostatnią bilę chłopaka wbiła ją do kieszeni.
- No no - mruknął mężczyzna. - Szczęśliwy traf.
Niestety próba wbicia czarnej nie wyszła Kowalewskiemu równie szczęśliwie. Parsknąwszy, Chronos jednym celnym pchnięciem zakończył rozgrywkę.
- Nie powiem, to był całkiem ciekawy mecz - powiedział, opierając swój kij o blat.
W tym momencie Franek poczuł dziwne zimno w środku. Przeszedł go dreszcz, po czym doznał wrażenia, jakby coś od niego oderwano. Spojrzał pytająco na swojego przeciwnika.
- Właśnie odebrał ci dziesięć lat życia - odparł tamten tonem, jakby mówił o pogodzie. - Nie mówiłem ci? - zdziwił się. - To cena za przegraną. Choć, wracamy - wyciągnął rękę do chłopaka.
- Chcę rewanżu - odparł chłopak. Stał z rękami w kieszeni, lekko zgarbiony, ze spuszczoną głową.
- Znając cenę? - odparł stwór.
- A co ja mam do stracenia? - odparł. Był wycieńczony - im dłużej znajdowali się w tym miejscu poza czasem, tym więcej energii z niego ubywało, na co nie zwrócił uwagi wcześniej w czasie przeżywania wspomnień. Jednak poza tym nie odczuwał nic. Zupełnie. Jakby był wyprany z emocji. Tak samo jak po tamtym piekielnym wieczorze.
     Wtedy, po tygodniu nie wychodzenia z domu, odwiedził go zirytowany Leon. Na siłę wyciągnął go na zewnątrz i, mówiąc okrężnie i krótko, zmusił do spojrzenia na świat trochę pozytywniej. Po następnych kilku dniach zaczął też ponownie zajmować się sprawami nadprzyrodzonymi, i jakoś tak życie zaczęło toczyć się dalej.
Tym jednak razem nikt nie przyjdzie kopnąć go w tyłek dla rozpędu.
- No dobrze - zgodził się Chronos ochoczo. Był bytem nieśmiertelnym głównie dzięki odbieraniu życia ludziom. W czasach starożytnych za pokonanie go w grze mógł spełnić jedno życzenie lub odpowiedzieć na dowolne pytanie. Nie trzeba było być wybitnie bystrym, by domyśleć się, że zwycięzców nie było. Mężczyzna klasnął trzy razy i stół był na powrót przygotowany do gry.
- Przegrani zaczynają - powiedział, na powrót przybierając swój bardziej życzliwy uśmiech.
     Kowalewski uderzał niemalże zupełnie przypadkowo. Rozbił trójkątnie ułożone kule, totalnym szczęściem wbijając jedną z planet. Następne podejścia psuł za każdym razem, zupełnie nie przejmując się tym, jak potoczy się biała bila. Bardzo szybko Chronos szczyścił stuł i był na jak najlepszej drodze do ponownego zwycięstwa.
     Ten mecz jednak różnił się od poprzedniego diametralnie. Franek nie był już nawiedzany przez swoje czarne wspomnienia. Najwyraźniej albo się skończyły, albo Chronos uznał, że złamał go już wystarczająco, żeby nie stanowił żadnego zagrożenia.
I tu się mylił. Stwór podszedł do stołu z zamiarem wbicia czarnej, i zamarł. Ósemka znajdowała się mniej wiecej na środku stołu, z białą prawie zaraz obok. Każda łuza była zablokowana bilą Franka, które znajdowały się od każdej kieszeni w takiej odległości, żeby nie dało się wbić czarnej. Elegant spojrzał zaskoczony na chłopaka. Ten uśmiechnął się szeroko.
- Na co czekasz? - zapytał. Z cienia człowieka jakim zdawał się być po ostatnim wspomnieniu nie pozostało nic poza wciąż wilgotnych oczu.
- Jak? - spytał Chronos. W jego ton wkradła się ledwie zauważalna nuta złości.
- Widzisz... Stosujesz wspaniały sposób na złamanie człowieka - powiedział Kowalewski okrążając stół. - Nie jednego pewnie zrzuciłeś na kolana, zmuszając do przeżywania najgorszych momentów życia. Ja dużo takich momentów nie mam, wszak jestem jeszcze młody, ale to wystarczyło, żeby obudzić ciemność tkwiącą gdzieś tam w środku - popukał się w skroń. - Tylko widzisz, ja już tam kiedyś byłem - dodał, obracając się przy rogu stołu i idąc w drugą stronę. - I wyszedłem. Z pewną... pomocą - to słowo przyszło mu wymówić z pewnym trudem, przypominając sobie próby wyciągnięcia go nocami do klubów przez Leona. - Nie mam nic do stracenia, ale! - podniósł palec do góry dla podkreślenia swoich słów. - To nie oznacza, że się poddaję. W pierwszej, bądź może drugiej, kolejności jestem graczem. Nienawidzę przegrywać. I choćby nie wiem jak ciężko ze mną było jako człowiekiem, tkwi jeszcze ten duch taktyka, który uaktywnia się niczym druga osobowość. Taki... trochę jakbyś był o krok od zone'a, w który wchodzą sportowcy - stanął u szczytu stołu naprzeciwko Chrona. Wyprostował się, założył ręce i przybrał tryumfalny wyraz na twarz. - Poza tym - dodał z lekkim uśmieszkiem. - Jutro mam randkę.
- Ciekawe... - mruknął mężczyzna nerwowo szorując kredą po czubku kija. Pierwszy raz trafił mu się oponent, który nie dość, że grał dobrze w wybraną przez niego grę, to jeszcze nie dał się do końca złamać. Podszedł do stołu, uderzył na odlew i podbijając czarną kulę pod bandę. Następnie Franek dość łatwo wyczyścił stół. Chron zaklaskał wolno.
- Gratuluję - powiedział. Zwykły uśmiech z lekkim trudem powrócił na jego twarz. Wyciągnął w jego stronę dłoń. - To była gra warta mojego czasu - stwierdził.
- Wzajemnie - odparł chłopak i chwyił wyciągniętą dłoń. Świat wokół nich zawirował, co Kowalewski raczej poczuł niż zauważył, i po chwili stali z powrotem w siedzibie Chrona, przed portalem.
Cernussos podniósł głowę i spojrzał na nich zaskoczony. - Wróciłeś! - zawołał z widoczną ulgą.
- Ano wróciłem - odparł Franek jak gdyby nigdy nic. Zmęczenie zniknęło, poczucie zdruzgotania także. Zszedł ze schodów i podszedł do leśnego boga. - Mówiłem ci, że wszystko będzie dobrze.
Rogacz prychnął jak byk. Pochylił się i szepnął chłopakowi do ucha. - Ile lat ci odebrał?
- Dziesięć - odparł młodzieniec.
- Nie martwi cię to? - spytał.
- Nie - machnął ręką, po czym odwrócił się do Chrona. Ten znów siedział na krześle i przypominał kupę szmat.
- Poproszę katalizator - powiedział głośno Franek.
- Zgodnie z umową - z kaptura dobiegł ich chrapliwy głos. Zakłotłowało się i spośród materiału wyłoniła się szara, pomarszczona ręka ze złotą kulą. W środku coś jakby wirowało.
- Naładowany? - spytał Atho.
- Jak najbardziej - odparł stwór. - Nikt nie nazwie Lorda Czasu niesłownym - ostatnie słowo zostało w połowie przerwane kaszlem.
- Jak to jest, że tam w tej tej... mgle byłeś młodszy? - spytał Franek na odchodne.
- Tylko w tamtej przestrzeni mogę korzystać z życia, jakie odebrałem swoim oponentom - padła odpowiedź. - Pytanie za pytanie - dodał. - Jak to jest, że w ogóle nie wydajesz się, jakby pozbawiono cię życia? Powinieneś być starszy o tyle, ile straciłeś.
- Widzisz, nie chwaliłem się, bo nie ma czym - zaczął Kowalewski jakby lekko zakłopotany. - Jestem w połowie wampirem. Nie starzeję się w normalny sposób. Zdrowia życzę! - zawołał chłopak na odchodne i skierował się do wyjścia. Znów był sobą, aroganckim, pewnym siebie złośliwym draniem. Cernussos skłonił się z szacunkiem i wyszedł za nim. Za sobą usłyszeli, jak Chron wybucha głośnym śmiechem.


* * *

      Stali przed portalem. Chłopak odwrócił się i spojrzał jeszcze raz na miasto w oddali, chcąc je dobrze zapamiętać. Nigdy nie wiadomo, czy nie trafi tu ponownie. Nie, żeby dużo było stąd widać. W końcu odwrócił się do boga życia i wyciągnął w jego stronę katalizator. Była to nieduża sfera, lodowata w dotyku jak szkło. W środku obracało się coś, co wyglądało jak miniaturowa galaktyka utkana ze złotej mgły z większymi drobinkami tu i ówdzie.
- Działaj - powiedział chłopak podając stworowi przedmiot.
      Rogacz wstał i stanął na środku wzniesienia. Mruknął coś, czego Kowalewski nie dosłyszał i upuścił kulę przed sobą. Rozbiła się, a zawartość równomiernie rozeszła się na wszystkie strony, tworząc kwadrat. Zalśniła złotawym światłem tworząc niematerialny słup ciągnący się w górę i niknący wśród chmur. Stwór wyskoczył przed portal jednym zgrabnym susem i stanął obok chłopaka.
- Proszę bardzo - powiedział. - I staraj się więcej tu nie wpadać, hmm?
- Tak, tak. W sumie, mógłbyś chociaż strzelić coś w stylu "Będę tęsknił", czy coś - odpar Franek. Cernussos w odpowiedzi pchnął go w stronę portalu.
Światło stało się intensywniejsze i chłopak poczuł się niesamowicie lekki. Jakby żadna grawitacja go nie przykuwała do ziemi. Powoli zaczął się unosić. 
        W ostatniej chwili złapał Atho za rogi i z całej siły pociągnął. Zaskoczony bóg nawet nie zdążył zaprzeć się nogami i wpadł w świetlisty obszar.
- Co ty wyprawiasz?! - wrzasnął przerażony.
- Zabieram cię ze sobą - odparł chłopak. - Spodoba ci się. Mamy drzewa, zwierzęta, a nawet całe lasy! - przemilczał fakt, że dobrze będzie mieć u bytu nadnaturalnego dług.
      Otoczyła ich ciemność, zupełnie jak wtedy, kiedy Franek spadał. Teraz też spadali, tylko że na odwrót.
* * *

       Miastem zatrzęsło. Niebo zasnuło się czarnymi chmurami, trzasnęły błyskawice. Przez Wrocław przetoczył się podmuch, nie tyle wiatru, co jakby mocy. Czystej, nienaturalnej energii. Wrocławska Tower jakby zapadła się w ziemię, po czym spodniej wyrosły długie, grube jak trzy stojące obok siebie osoby pnącza. Oplotły cały budynek, wijąc się wokół i wbijając do środka, aż połączyły się na szczycie tworząc szpic. Pod wieżą zaś konary utworzyły portal do jaskini. Ze środka zaczęły wychodzić wszelakie stwory: demony, stwory mitologiczne, potwory, o których czytało się w starych książkach o wierzeniach w średniowieczu i jeszcze wcześniej.
      Miastem zapanował totalny chaos. I mgła. Z tą różnicą, że mgła trzymała się granic miasta. Chaos zaś rozgościł się wszędzie.

* * *

     Franek i Cernussos w końcu stanęli na ziemi. Lekko osiadli na chodniku tuż przed Tower. Chłopak z przerażeniem patrzył na ludzi uciekających przed biesami, enty uciekające do parków i próbujących wtopić się w otoczenie, latające po niebie succuby, incuby i gargulce, i inne dziwności, które jeszcze niedawno mijał na ulicach metropolii opuszczonego planu. Atho stał za nim patrząc na to wszystko z nieodgadnionym wyrazem pyska.
- Co się stało? - wydukał Kowalewski w końcu.
- Złamałeś barierę - wyjaśnił rogacz. Dostrzegł pytające spojrzenie chłopaka i westchnął. - Nie można nałożyć pieczęci bez warunków jej złamania. A już na pewno nie tak potężnej, która ma oddzielać od siebie plany egzystencji. Właśnie spełniłeś warunek połączenia obu światów.
- A jaki to był warunek? - spytał, choć łatwo było się domyśleć.
- Człowiek dobrowolnie zabierający ze sobą jednego z nas.
- A co z przyzwaniami? Niejeden wariat otwierał pomniejsze portale, żeby wezwać sobie jakiegoś demona czy coś.
- Wezwanie łączy się z reguły z chęcią wykorzystania wezwanego demona czy boga do własnych celów. Wykorzystanie to nie dobrowolne wpuszczenie do swojego świata.
Młodzieniec pokiwał głową na znak, że zrozumiał.
- Kiedyś, dawno temu pewna grupa wpuściła tutaj biesa. To też się nie liczy?
- Nie ta brama - odparł Cernussos po namyśle. - Plus, bies to nie byt rozumny, tylko bestia. A tu chodzi o demona bądź boga. Tak przynajmniej mi się wydaje.
- No cóż - Franek przeciągnął się i ziewnął. - Co się stało, to się nie odstanie - stwierdził bez cienia zmartwienia.
- I to wszystko, co masz do powiedzenia? - zdziwił się bóg.
- No - odparł tamten lekko zdziwiony. - To nie tak, że mogę to naprawić. Idę do domu.
- Co?
- Jestem zmęczony. Panie, przed chwilą grałem mecz życia w bilarda! - powiedział tonem podkreślającym oczywistość. - Miło było - rzucił przez i ruszył w stronę domu. Skoro to całe miasto zostało opanowane, to pewnie sytuacją zajmą się odpowiednie służby. On ma zamiar iść spać i odpocząć.
    Na szczęście budynki były najwyraźniej nietknięte. Poza przeistoczeniem się wrocławskiej Tower i pojawieniem się zupełnie innej, poskręcanej i czarnej jak noc wieży nie tak daleko od niej nie wydarzyło się nic. Kowalewski odnotował w duchu, żeby podejść któregoś dnia zbadać nowy obiekt.
Wjechał windo na swoje piętro, wszedł do mieszkania, zrzucił buty i padł ledwie żywy na łóżko. Lust nigdzie nie było, Lilith też. Pomartwi się o to jutro. Obecnie ledwo miał siłę trzymać oczy otwarte.
Już prawie spał, gdy zawibrował mu telefon. Bardzo niechętnie podszedł do biurka i sprawdził powiadomienia. Miał dwa nieodebrane połączenia od Anastazji i jedno od Leona. Podniósł urządzenie i wybrał numer dziewczyny.
- Tak? - usłyszał po dwóch sygnałach. Nikt nie odbierał telefonu tak szybko jak ona.
- Hej - rzucił tłumiąc ziewnięcie. - Wszystko dobrze?
- Chodzi ci o ten chaos na ulicach? Tak, wszystko ok - odparł Ana.
- Ciekawe, kiedy się uspokoi... - zaczął chłopak.
- Jeśli myślisz o jutrzejszej randce - przerwała mu. - To nawet nie myśl, że jest odwołana!
- Jasne - odpowiedział posłusznie.
- A teraz kończę, bo mam coś do załatwienia. Bye bye - po czym się rozłączyła.
     Franek uśmiechnął się do siebie, odłożył telefon, po czym padł na łóżko i natychmiast zasnął.


* * *

    Ciemna noc. Sytuacja została o tyle opanowana, że nie pojawiało się chwilowo więcej stworów. Wokół portalu utworzono prowizoryczną zaporę oddzielając wieżę od reszty miasta i zatrzymując w środku wszystkie istoty, a przynajmniej te, które nie latały. Oraz olbrzymich bestii, które się przebiły i obecnie były ścigane przez wojsko. 
  Z portalu wyszło jedenaście postaci. W porównaniu do większości stworów wyglądały niespodziewanie zwyczajnie. Na samym przedzie, jakby nimi przewodząc, stał mężczyzna w średnim wieku ubrany w czarny smoking i cylinder, z prostą laską zakończoną perłową gałką w ręce. Gdy wyszli na powierzchnię z podziemnej sali z portalem, wziął głęboki wdech jakby smakował świerze, nocne powietrze.
- Coś wspaniałego! - zawołał. - Ludzkości, wszystko już w porządku! A dlaczego? - zaśmiał się krótko i uśmiechnął przebiegle. - Bo Varden tu jest.

Odwrócił się do pozostałych. - Witam we Wrocławiu! - zawołał radośnie. - Pierwszy przystanek - Voland. Czas spotkać się z moim bratem.  

wtorek, 5 grudnia 2017

Cień

     Wyjazdy z rodziną mają jeden minus - szybko ma się ich dość. W końcu ileż można słuchać suchych żartów wujka z czasów jego młodości, czy narzekań ojca, że nawet w wakacje nie może się wyspać. Zabawy z młodszym bratem na plaży były miłym przerywnikiem, jednak po pięciu dniach zabawy w "Smoka niszczącego zamek i porywającego księżniczkę" Anastazja miała go serdecznie dość. Zwłaszcza, że Kuba posiadał jedynie figurkę smoka, zaś królewną z oczywistych względów nie dysponował, więc to ona musiała być porywaną. Po bestialskim rozdeptaniu piaskowego pałacu chłopiec zabierał dziewczynę znad wody i kazał siedzieć w narysowanym nogą kółku, wokół którego biegał machając smokiem i warcząc na każdego przechodnia. Kiedy zaś chciała opóścić swoje "więzienie", młody zaczynał płakać i skarżyć się matce, że Anastazja oszukuje, nie umie się bawić, i w ogóle to ona go strasznie nie lubi.
     Tak więc szóstego dnia, mając każdego członka rodziny serdecznie dość, oznajmiła, że idzie się przejść, nie, nie bierze ze sobą Kuby, nie muszą na nią czekać i poradzi sobie. Założyła kapelusz i udała się w losową stronę wzdłuż brzegu. Nareszcie miała chwilę dla siebie.
Był jeszcze jeden powód, dla którego chciała przez chwilę być sama. Dwa dni temu, w środku nocy dostała wiadomość od Leona, znajomego z uczelni. Czy raczej z treningów siatkarskich. Dawno temu Leon nagle zaczął przychodzić na ćwiczenia jej drużyny, i kibicować tak żywo, jakby conajmniej rozgrywały finał mistrzostw Polski. Co ciekawe, od początku znał imię każdej zawodniczki. Wszystko wyjaśniło się cztery dni później, gdy próbował co tydzień z którąś z nich się umówić. Mimo, że był konsekwentnie spławiany, uparcie zaszczycał je obecnością i żarliwym dopingiem. Co było całkiem miłe, mieć takiego prywatnego kibica.
     Pewnego dnia przyprowadził towarzysza. Był to dzień, w którym Anastazja pierwszy raz zepsuła zagranie, stała się obiektem docinek pozostałych członkiń drużyny, które całkiem szybko zorientowały się w sytuacji, oraz zdobyła numer Leona. Wszystko przez to, że Franek był ostatnią osobą, jaką spodziewała się zobaczyć na treningu, i zupełnie zbiło ją to z tropu. Jeszcze tego samego dnia, w niedopiętej koszuli i z wypiekami na twarzy złapała Leona gdy ten powoli zbierał się do wyjścia okrzykiem "Ty znasz Franka!". Wakowski też oczywiście zorientował się, dlaczego tak ważnym było, że jest kumplem Kowalewskiego, i za obietnicę wspólnej kolacji obiecał dać jej jego numer. Całe szczęście, że Franek poszedł sobie szybciej. Oczywiście, sama mogła go zaczepić, ale jakoś tak jej nie wyszło. Kiedy dziewczyny ją o to pytały, zbywała je cichym stwierdzeniem, że to skomplikowane. Do tej pory nie udało jej się zwrócić na siebie uwagi Franka. Tak więc głównie obserwowała go gdzieś z boku, fantazjując i czekając na odpowiedni moment. Wbrew pozorom, nie należała do najśmielszych ludzi. Przynajmniej nie przy Franku. Zdecydowanie nie, żeby się z nim umówić. Zresztą, szanujmy się, to on powinien umówić się z nią!
     Wiadomość od Leona brzmiała, "Jedziemy nad morze w twoje okolice". Nie było to nic zbyt obiecującego, wszak "okolica" wcale nie znaczy, że się na siebie natknął. Mimo to ten mały cień szansy sprawił, że resztę nocy nie spała, i w ogóle było jej jakoś tak weselej. Jak zawsze, kiedy o niego chodziło. Sprawiał, że chciało jej się biegać, śmiać się, grać na skrzypcach - jedynym instrumencie na jakim umiała grać - i śpiewać, choć w tym już szczególnie wybitna nie była. Zwłaszcza, że Leon zadeklarował swoje całkowite wsparcie w podbijaniu frankowego serca, a teraz stwierdził, że "coś wymyśli". Nie znała go na tyle, by domyślać się, do czego jest zdolny by jej pomóc, ale było to bez znaczenia.
     Tak więc co chwilę zerkając na telefon i czytając rozmowę z Leonem, upewniając się, że na pewno mają przyjechać dzisiaj, maszerowała raźnym krokiem z nogami co chwilę zalewanymi zimną morską wodą, aż dotarła na wysokość jakiegoś lasu. Nie zwróciłaby na to uwagi, gdyby nie nagłe uczucie dziwne, jakie ją ogarnęło. Przeszedł ją dreszcz, zupełnie niezwiązany z chłodną bryzą, zaś gdzieś na wysokości brzucha poczuła, jakby miała w środku ogromną kulę lodu. Do tego doszło jeszcze nieodparte wrażenie, że ktoś ją woła. Nie tyle słyszała, jak ktoś wzywa ją po imieniu, ale przyciąga. Coś niewyjaśnionego, tajemniczego i niekoniecznie dobrego.
     Nie spanikowała tylko dlatego, że nie pierwszy raz jej się to przytrafiało. Od pewnej pamiętnej nocy, kiedy miała dziesięć lat i pewien dziwny gość wyciągnął ją i kilkadziesiąt innych dzieciaków z domów w piżamach do parku - z czego na dobrą sprawę mało co pamiętała, głównie to, że wtedy poznała Franka - takie dziwne wrażenie przytrafiało się jej może nie często, jednak na tyle, by się przyzwyczaiła. I wiedziała, chociaż trochę, co to oznaczało. Gdzieś w okolicy szwendał się byt nadnaturalny.
     Skierowała się w stronę lasu. Weszła po drewnianych schodkach i prawie natychmiast zeszła ze ścieżki. To nie tak, że wiedziała, gdzie iść, wyczuwając kierunek, z którego dochodziło "wołanie". Było to raczej tak, jakby wyłączyła myślenie i dawała się prowadzić jak za rękę. Nogi same wiedziały, gdzie ją skierować.
     Po niedługim czasie krążenia między drzewami dotarła do niedużej, drewnianej chaty. Ciemne szyby, zamknięte drzwi, wokół ani żywej duszy. Zapukała. Oczywiście, nikt nie odpowiedział. Gdyby była rozsądna i uczyła się na wcześniejszych doświadczeniach, zawróciłaby teraz i wróciła do rodziny. Może nawet zadzwoniłaby do Leona. Była spora szansa, że Franek wybierał się nad morze, żeby zająć się owym stworem, czy czymkolwiek kryjącym się najpewniej za tymi właśnie drzwiami.
     Anastazja nie należała do najrozsądniejszych ludzi. Popchnęła drzwi i weszła do środka.
   Wnętrze nie było jakieś szczególne. Ot, zwykły drewniany pokój bez mebli. Drzwi z cichym skrzypnięciem zamknęły się za nią. W tym momencie dostrzegła ruch. Z początku widziała jedynie czarny dym kłębiący się w jednym miejscu. Powoli, z każdą chwilą coraz bardziej dało się w nim zauważyć czarną sylwetkę człowieka. Szybko przerósł ją o ponad głowę. Zwrócił się w jej stronę i choć nie wydawał żadnego dźwięku, dziewczyna poczuła jakby wibracje, jakby ryknął.
     Ciężko byłoby jej wyjaśnić to, co wydarzyło się później, gdyby ktoś pytał. Normalny człowiek pewnie obsrałby się ze strachu i uciekł, bądź też stał w miejscu zupełnie sparaliżowany. Ona zaś stała z zupełną pewnością, że wszystko będzie dobrze. Coś w niej kliknęło, jakby jakaś część umysłu do tej pory uśpiona nagle obudziła się i zatarła ręce. Troszkę tak, jakby ktoś podpowiadał jej szeptem, co robić. Albo nawet lepiej, jakby ktoś nią kierował, a ona tylko patrzyła z boku.
     Najpierw usłyszała własny głos mówiący coś w dziwnym języku, którego na pewno nie znała, a nawet chyba nigdzie nie słyszała, jednak pewna była, że wypowiedziane słowa znaczyły mniej więcej tyle co "opuść to miejsce i nigdy nie wracaj", mówiąc grzecznie. Kiedy stwór nie posłuchał, złożyła ręce jakby lepiła śnieżkę. Między dłońmi uformowała się kula wibrującego powietrza, poczuła lekki nacisk gdzieś z tyłu czaszki i rzuciła tym w kształt. Ten poruszył się jakby chciał zrobić unik, jednak do najzręczniejszych to on nie należał, i pocisk trafił prosto w pierś. Czarny dym zakotłował się, skupił w ciemną wirującą sferę, która następnie pękła. To jednak nie był koniec. Szczątki ciemności wylądowały na ziemi, stwardniały, przez co przypominały kamienie, po czym zamieniły się w nieduże skorpiony, które rozbiegły się chaotycznie po chacie. Dziewczyna zupełnie się nie przejmując, jakby robiła to całe życie, znów rzuciła coś i zaczęła tańczyć, zaś za jej prawą ręką ciągnęła się jasna smuga niczym tanczena wstążka. Gdy tylko trafiła w stworzenie, to zamierało na chwilę, szarzało, i rozsypywało się.
     W ten sposób w końcu pozbyła się każdego z nich. Gdy skończyła, dziwne uczucie zniknęło, zaś Anastazję rozbolała głowa. Usiadła na środku, czy raczej padła zmęczona zawiedziona przez własne, obolałe nogi. Nie dane jej jednak było odpocząć.
- E, może to tu?! - usłyszała znajomy męski głos nieopodal. Zerwała się, otworzyła drzwi i wybiegła na zewnątrz. Gdzieś między drzewami mignęła jej zbliżająca się postać. Czym prędzej odbiegła w stronę przeciwną niż źródło głosu i przywarła do drzewa. Jeden oddech później spośród drzew przed chatą pojawił się Leon, a zaraz za nim Franek.

* * *

     Stali przed drewnianą chatą. W oddali słychać było szum morza i wrzawę tłumu ludzi, którzy przyjechali na wakacje i obecnie najpewniej smażą się na plaży. Był środek lata, słońce postanowiło pokazać, na co je stać, i Franek na prawdę wiele by dał, żeby być obecnie w domu, pić zimną pepsi i nic nie robić.
     Wszystko zaczęło się tydzień temu, kiedy natknął się na cienie. Nieduże, prawie bezkształtne demony, które polowały na ludzi w celu nabrania sił. Kilku popaprańców z osiedla dorwało się do starego, rytualnego woluminu w antykwariacie i postanowili się zabawić. Skończyło się tym, że otworzyli na krótką chwilę przejście do innego planu, wpuszczając do Wrocławia owe stwory, od razu stając się ich pierwszym obiadem. Niestety księga trafiła następnie w ręce kogoś, kto wiedział, na co trafił, i należał do Kultu Delegatur Nocy, starych znajomych Kowalewskiego. Chłopak nie raz powstrzymywał ich przed rozpętaniem chaosu w mieście, i tak też było i tym razem, kiedy to wraz z Leonem - i Elizą, która znalazła się tam zupełnie przypadkiem - zamknęli bramę, przez którą nieomal przeszedł ogromny bies. Eliza zakończyła z Frankiem znajomość, a Kowalewski wraz z Leonem skorzystali z okazji i zadali kilka pytań jednemu z obecnych w czasie rytuału. Dowiedzieli się o grupie działającej pod Gdańskiem i postanowili wybrać się tutaj w odwiedziny. Wzięli ze sobą Lust, która wyczuwała wszelkie zawirowania eteryczne, i po kilku godzinach szwendania się bez celu w końcu succub skierował ich tu.
- Nic tu nie ma - skwitował Franek wchodząc do chaty. Rozejrzał się dokładnie po wnętrzu. Podłoga była zasłana dziwnym, szarym pyłem, poza tym jednak nie dostrzegł niczego szczególnego. Wyszedł więc by rozejrzeć się wokół budynku, tak na wszelki wypadek. Leon tymczasem odszedł na bok, machnął na kolegę ręką by się nim nie przejmował i wyciągnął telefon. Ku jego zaskoczeniu, gdy wybrał numer by zadzwonić, tuż obok niego rozległ się dzwonek.

* * *

     Anastazja, obserwująca chłopaków zza drzewa, przerażona spróbowała odrzucić połączenie, zamiast tego jednak odebrała. Patrzyła osłupiała na wyświetlacz telefonu z nadzieją, że może jednak nikt tego nie usłyszał. Zobaczyła, jak Leon odwraca się w jej kierunku zdziwiony, po czym uśmiecha szeroko, jakby właśnie wpadł na genialny pomysł. Schował telefon do kieszeni.
- E, Franek, choć no tu na chwilę! - zawołał powoli ruszając w jej kierunku.
       Nie czekając, dziewczyna odwróciła się na pięcie i ruszyła pędem z powrotem w stronę, z której przyszła.
    Po chwili wypadła na ścieżkę prowadzącą do schodów. Zatrzymała się na chwilę, by złapać oddech. Wciąż osłabiona po tym, co wydarzyło się w chacie, biegnąc spaliła resztki energii.                      Odetchnęła głęboko i ruszyła w stronę plaży. Następnie idąc tak jak wcześniej brzegiem, wróciła do rodziny. Przywitała się i położyła na plecach na kocu pod plażowym parasolem, całkiem zadowolona, że nikt za bardzo się nią nie przejmuje. Najwyraźniej nikt nie zauważył jej zmęczenia.
- Ana! Ana! - wołał mały chłopiec z figurką smoka w ręku. - Choć się bawić w smoka i księżniczkę!

Nie odpowiedziała. Nie słyszała. Nawet nie zauważyła, kiedy zasnęła.  

poniedziałek, 6 lutego 2017

Radio

 Obudziło go coś bardzo nieprzyjemnego. W pokoju, a może w całym mieszkaniu rozbrzmiewał szum, połączenie buczenia olbrzymiego szerszenia z wyładowaniami elektrostatycznymi w nienastrojonym radiu. Z ociąganiem otworzył oczy. Najpierw zarejestrował przenikliwy ból głowy, który uderzył jak tylko podniósł powieki. Następnie zauważył, że wciąż jest ciemno. Musiał być środek nocy.
Walcząc z samym sobą zwlekł się z łóżka. Spadł na podłogę i bardzo powoli uniósł się na kolana. Szum doprowadzał go do szału i nie pozwalał się skoncentrować. W końcu jednak zebrał się w sobie i wstał. Czuł się osłabiony, jak przy wysokiej gorączce. Opierając się o ścianę, wyszedł z pokoju i powlókł się do kuchni.
Szum wydobywał się z dawno nieużywanego radia stojącego na oknie. Dawno, bardzo dawno temu jego matka włączała je podczas gotowania. Teraz znów było aktywne, doprowadzając Franka do szaleństwa.
- Jak ją znajdę, to zabiję – warknął rozeźlony myśląc o Lust. - Cholerne stworzenie nocy.
Wyłączył radio i opadł na stojący pod oknem taboret. Westchnął z ulgą napawając się powstałą ciszą. Ból głowy ustąpił.
- No, skoro i tak już nie śpię, może spożytkuję ten czas konstruktywnie – powiedział na głos. Otworzył zamrażarkę i wyciągnął niedokończone wiaderko lodów Manhattan. Wziął łyżkę z szuflady, usiadł na podłodze oparty o lodówkę i z uśmiechem na ustach zaczął opróżniać pojemnik.
Została jedna-czwarta lodów, gdy w końcu nieobecność succuba zaczęła go zastanawiać. Odłożył pudełko i poszedł do sypialni. Pokój zastał pusty. Łóżko wyglądało, jakby nikt go dziś nie używał. Nigdzie ani śladu dziewczyny. Poczuł zimny powiew wiatru. Drzwi od balkonu były otwarte. Wyszedł na chwilę napawając się niczym nie zmąconą ciszą czerwcowej nocy. W końcu wyszedł, zamknął drzwi i usiadł na łóżku. Lust nieraz już wcześniej znikała bez ostrzeżenia, więc w zasadzie nie było się czym przejmować. Wrócił do kuchni i wiaderka lodów. Ochrzani dziewczynę gdy wróci.
Wtedy naszła go kolejna myśl. Ból głowy i nienaturalne wyczerpanie zniknęły, gdy tylko wyłączył odbiornik. Szum radia nie powinien wywoływać takich efektów na kimkolwiek. Musiał jednak przyznać, że choć to głupie, nie było innego wytłumaczenia. Nie wierzył w aż taki zbieg okoliczności. Wstał i włączył radio ponownie. Szum był teraz cichszy i nie bombardował go migreną. Pokręcił chwilę gałką w jedną i drugą stronę zmieniając częstotliwość. W końcu natrafił na nocną audycję Radia Ram. Nic nadzwyczajnego. Pokój wypełnił się dźwiękami kojącego jazzu.
Wzruszył ramionami. Cokolwiek się tutaj wydarzyło, mogło zaczekać. Może kiedy wróci dziewczyna, będzie w stanie mu coś powiedzieć. Wystarczyło więc poczekać. Nie czując zmęczenia i ochoty na powrót do łóżka, postanowił spędzić czas przy komputerze.

* * *

Nad ranem zadzwonił telefon. Odebrał i usłyszał Leona.
- Stary! Co robisz? - spytał chłopak.
- Nic. Czekam na Lust, która gdzieś wybyła.
- W takim razie zaraz ci ją sprowadzę! - po czym się rozłączył. Brzmiał na rozeźlonego.
Po niedługim czasie zadzwonił do drzwi. Franek otworzył i wpuścił przyjaciela do środka. Leon trzymał w ramionach nieprzytomną Lust w pełnej formie demona. Bez słowa zaciągnął ją do dużego pokoju i ułożył na łóżku. Niezbyt delikatnie. Kowalewski spojrzał na niego pytająco.
- Wlazła mi w środku nocy do domu – warknął Wakowski. - Wiesz, normalnie nie miałbym nic przeciwko, ale ta cholerna dziewucha próbowała mnie zabić!
- Że jak?!
- Masz coś do picia?
- Chyba jest jeszcze trochę coli...
- Coś mocniejszego?
Franek tylko pokręcił głową.
- Musisz nauczyć się trzymać takie rzeczy zawsze na podorędziu – mruknął Leon. - W takim razie przynieś coli. Suszy mnie jak diabli.
Franek pospiesznie spełnił prośbę gościa i usiadł naprzeciw niego przy stole. Leon wypił ostatnie kilka łyków wygazowanego napoju.
- No to mów – niecierpliwił się Kowalewski. - Co się stało w nocy?
- Widzisz, to było tak – zaczął chłopak głosem fachowego barda. - Środek nocy, cicho wszędzie, głucho wszędzie. Nie wyszedłem na miasto, robiąc sobie wolne od nocnych przygód. Tak, tak, nawet ja czasem robię sobie przerwę – westchnął, widząc zdziwioną minę przyjaciela. Ciężko było sobie wyobrazić Leona w czasie wakacji siedzącego w domu zamiast w którymś klubie z kielichem w ręku bajerującego jakieś dziewczyny.
- Siedząc tak sobie w domu – podjął. - I latając po kanałach telewizyjnych usłyszałem dzwonek do drzwi. Nie domofonu, a drzwi właśnie, pomyślałem więc, że może sąsiad. Albo lepiej! Znudzona studentka z piętra wyżej, zaraz więc poszedłem otworzyć. Nie wyobrażasz sobie mojego zdziwienia, kiedy przed drzwiami zobaczyłem ją! - wskazał dziewczynę leżącą na kanapie. Sprawiała wrażenie, jakby coś jej się śniło, i nie należało do najprzyjemniejszych.
- Nie zdążyłem nawet słowa powiedzieć, a ona przylgnęła do mnie i zaczęła całować. O stary, jak ona całuje... - rozmarzył się.
- Bez szczegółów proszę – mruknął Franek. - Wiem z doświadczenia – dodał cicho. Poczuł lekki dreszcz. Minął pierwszy miesiąc odkąd znów zaczął odmawiać Lust nocnych uciech.
- Dobra – burknął Leon. - W takim razie krótko. Byliśmy już u mnie w pokoju, kiedy zdałem sobie sprawę, że coś jest nie tak. Umiem rozpoznać, kiedy dziewczyna nie jest sobą. Zaś Lust... była jakby naćpana. Taki ktoś w ogóle może być naćpany? Nie ważne. Trochę późno się zorientowałem, bo już się szykowała do wyrwania mi duszy czy cośtam, co robią succuby z ludźmi. W każdym razie położyła mi rękę na klacie, zamigało takie takie światło i poczułem niesamowite zimno. Nie czekałem co było dalej, tylko wziąłem patelnię leżącą na stole po jajecznicy i zdzieliłem ją przez łeb. Dlatego jest teraz nieprzytomna – skończył opowiadać. - Masz jeszcze coś do picia?
- Znokautowałeś ją patelnią?
- Ano... Trochę szkoda, ale w sumie chyba wolę pożyć jeszcze trochę – wyszczerzył się. - Bo takie jak ona to duszę kradną, nie? - spytał niepewnie.
- Tak, generalnie tym się powinna zajmować. Ale nie robiła tego od dobrego roku, tyle ile u mnie mieszka... - odparł Kowalewski. - Jeśli jej wierzyć, oczywiście – dodał po chwili wahania.
Franek nie dał kompanowi nic do picia. Usłyszeli głośny jęk i bardzo niezadowolony pomruk z kanapy. Lust trzymała się za głowę. Wyglądała jak uosobienie nieszczęścia. Wróciła do formy człowieka.
- O proszę, obudziła się – powiedział Wakowski. Stanęli nad nią.
- Jak się czujesz? - zapytał Franek.
- Jakby głowa miała mi odpaść... - jęknęła dziewczyna. Spróbowała się podnieść, zaraz jednak się poddała, zupełnie nie mając siły.
Leon zbliżył twarz do dziewczyny. - Pamiętasz mnie? Wczoraj? - wskazał palcem na siebie. - U mnie? W nocy?
Na twarzy dziewczyny pojawił się wyraz skupienia połączony z niemałym wysiłkiem. Już miała coś powiedzieć, gdy nagle syknęła ostro i położyła dłonie na skronie.
- Gówno pamiętam... - jęknęła po chwili.
Leon westchnął niezadowolony. - To niedobrze – mruknął kręcąc głową. - Myślisz, że powinienem to liczyć? W sumie do niczego nie doszło, a jej amnezja zapaskudzi mi statystyki...
Franek zdzielił go przez głowę. - To nie czas na takie pierdoły – powiedział rozeźlony. - Zresztą, jakie statystyki? Nie mów! Nie chcę wiedzieć – dodał szybko widząc, że chłopak szykuje się do odpowiedzi. Przez chwilę zastanawiał się nad czymś. Westchnął ciężko.
- Trudno. Idę po rękawicę.
Poszedł do swojego pokoju i otworzył szafę przy oknie. W środku stał w bezruchu na oko dwunastoletni chłopiec o przeraźliwie bladej skórze. Na piersi miał przyczepiony kartonik z wypisaną inkantancją w staroangielskim, który działał jak medalion, sprawiając, że nie mógł się ruszać. Wcześniej Franek przykleił mu go do czoła, odkrył jednak, że wtedy biedak nie może rozmawiać. A był nader interesującym konwersantem. Kiedy już postanowił rozmawiać.
- Cześć – mruknął chłopak.
- No hej – odparł wampir. - Co tam? - odkąd utknął w ciele dziecka mniej więcej tak się zachowywał. Trafiały się nawet dni, kiedy nie dawał Frankowi spokoju krzycząc zupełnie jak chłopiec, który dostał szlaban na wychodzenie z domu.
- Ja tylko po sprzęt – odparł Kowalewski sięgając po rękawicę. Swego czasu doczepił do niej sznurki jak w rękawicach bokserskich, żeby mógł ją zawiesić na drewnianej ścianie. Dzięki nim nie martwił się też o to, że w czasie walki nagle mu się zsunie, co miało miejsce dobre parę razy. Była odrobinę na niego za duża.
- A na kogo tym razem polujesz?
- Pozbawiam Lust mocy – rzucił i zamknął drzwi zostawiając wampira w mroku.
Wrócił do pokoju. Na widok niesionego przez niego przedmiotu dziewczyna wtuliła się najbardziej jak się dało w róg kanapy i podkuliła nogi. Jej oczy były pełne przerażenia.
- Nie... - jęknęła słabo. Po głosie nadal można było domyślić się, że jest wyczerpana. Leon skonfundowany reakcją demona patrzył to na jedno, to na drugie.
- Zasady to zasady – powiedział Franek zakładając rękawicę. Starał się sprawiać wrażenie zdecydowanego, choć w środku szalała burza myśli. - Jeśli choć raz, z jakiegokolwiek powodu zaczniesz znów odbierać dusze, ja odbiorę ci demoniczność – przez chwilę mocował się ze sznurkami, w końcu jednak się poddał i schował je tylko do środka.
- Że co to jest? - spytał Wakowski.
- To jest... - zawachał się, nie będąc pewnym jakiego określenia użyć. - Urządzenie do zbierania mocy istot nadnaturalnych. Pamiętasz może Volanda?
- Popapranego wampira? Pewnie! - warknął. - Takiego skurwysyna się nie zapomina – Leon miał szczęście poznać króla nadnaturalnych całkiem blisko, poddając się jego splendorowi i zostając jego niewolnikiem na dobry miesiąc.
- Siedzi u mnie w szafie nie mogąc się ruszyć w ciele dziesięciolatka.
Wakowski wytrzeszczył oczy. - Że jak?!
- Zmienił się, gdy pozbawiłem go... wampiryzmu? Jego mocy. Zwał jak zwał. A zrobiłem to dzięki właśnie temu ustrojstwu.
- Pokaż!
- Tylko skończę z nią.
- Ale ja nie chcę! - Lust brzmiała jakby miała się zaraz rozpłakać. - To nie moja wina! Nie byłam sobą!
- Właśnie – Leon, zrozumiawszy sytuację, wstawił się za dziewczyną. - Mówiłem ci, jakby naćpana była. Albo co... W każdym razie nie możesz pozbawić jej succubowatości, tylko dlatego, że ktoś coś jej zrobił!
- Przez radio? - spytał kpiąco.
- Najwyraźniej! Może... Może... - Leon próbował coś na szybko wymyślić. - Może ktoś ją na przykład kontrolował! Jak hipnoza!
Franek nie wyglądał na przekonanego. Wakowski stanął między nim a Lust i rozłożył ręce.
- Jak tak, to najpierw musisz przejść przeze mnie!
- To akurat nie byłoby zbyt trudne...
Westchnął ciężko. Przez Leona część świadomości, która była stanowczo przeciwna odbieraniu Lust mocy demona zaczynała być górą. Sam fakt, że pozwalał jej tu mieszkać gwałcił wszelkie zasady, jakie by one nie były. Czasem się nad tym zastanawiał. Czyżby samotność aż tak mu doskwierała? Lust była succubem, demonem żyjącym po to, by wyrywać facetom dusze i rodzić kolejne demony. A jednak gdy powiedziała, że ma dość i nie będzie więcej tego robić, uwierzył jej i pozwolił ze sobą zostać. Oczywiście, była nieziemsko atrakcyjna i odmówienie jej w pewnych kwestiach było niemalże niemożliwe, choć do łóżka zaciągnęła go dopiero po około pół roku znajomości. Zdecydowanie jednak nie o to chodziło. Po prostu było w niej coś... coś, co sprawiało, że chciał ją mieć przy sobie. Nie żeby ją pilnować, ani też, wbrew pozorom, żeby mieć z kim się kochać. Po prostu był z niej całkiem niezły towarzysz.
Westchnął ciężko tocząc walkę z samym sobą. W końcu zdjął rękawicę. - No dobra – powiedział z rezygnacją. - Na razie nic ci nie zrobię. Zajmiemy się tą sprawą, jednak jeśli się okaże, że nikt nie zrobił ci prania mózgu, to choćbyś zrobiła to we śnie staruszce spod dwunastki w przeddzień jej śmierci, odbiorę ci demoniczność – staruszka miała sto dwa lata i była okazem zdrowia, oczywiście jak na osobę w jej wieku. Niektórzy nawet się zakładali, do ilu lat dożyje.
- Dziękuję! - zawołała Lust. Wyczerpanie w magiczny sposób zniknęło i succub rzucił się Frankowi na szyję. - Kochany jesteś – powiedziała i mocno pocałowała go w usta. Kowalewski z trudem oderwał ją od siebie.
- Raczej głupi – mruknął Leon spoglądając na przyjaciela z dezaprobatą.
- Mamy coś do załatwienia – odparł Franek zmieszany, nie będąc pewnym, czy obecnością widowni, czy tym, jak ciężko było mu się oprzeć. - Idziemy pogadać z Volandem – stanowczym krokiem wyszedł z pokoju.
- Wiesz... - zaczął Wakowski zatrzymując Lust w progu. - Jeśli chcesz, mogę przywrócić ci trochę wspomnień z wczorajszej nocy... - mruknął ściszonym głosem przybierająć minę nocnego gracza. - Kanapa wygląda całkiem wygodnie... - jego dłoń z ramienia dziewczyny zaczęła wędrować w dół. Złapała ją i uważnie zlustrowała go od stóp do głów.
- Meh, nie – rzuciła i powędrowała do pokoju Franka. Leon chwilę stał jak skuty lodem nie mogąc przetrawić myśl, że właśnie mu odmuwiono, i to osoba, która jeszcze parę godzin temu się do niego dobierała.
- Idziesz?! - usłyszał krzyk Franka. Potrząsnął głową, wzruszył ramionami i poszedł za przyjacielem.
Franek stał przy otwartej szafie. Lust siedziała za nim na krześle głowę opierając o oparcie.
- Poznaj młodego Volanda – powiedział Kowalewski robiąc miejsce przyjacielowi. Leon zajrzał do wnętrza mebla.
- No własnym oczom nie wierzę! - zawołał. Złapał chłopca za poły trochę za dużej marynarki którą miał na sobie i wyciągnął na środek pokoju. - Pamiętasz mnie? Pamiętasz?!
- Raczej średnio... - mruknął wampir. - I mógłbyś być ostrożniejszy.
- Oh, jasne, dla jaśnie pana wszystko! - warknął ironicznie. - Zaraz pomogę ci wszystko sobie przypomnieć! - po czym sprzedał Volandowi mocny prawy sierpowy. Uderzony niczym figurka przewrócił się na ziemię ze łzami w oczach.
- Za co! - niemalże pisnął głosem przerażonego dziecka. - Franek! Zrób coś!
Lust zareagowała szybciej. Stanęła za Wakowskim i zanim ten ponownie uderzył, odwróciła go do siebie i mocno wpiła się w jego usta. Chłopak mruknął zadowolony, złość momentalnie wyparowała.
- Masz być grzeczny – powiedziała, odsuwając go. - Jak będziesz z nim ładnie współpracować – powiedziała słodko uśmiechając się kusząco. Złapała go za dłonie i położyła je sobie na piersiach. Leon wyglądał jakby miał się zaraz rozpłynąć ze szcześcia. - To będzie nagroda – dodała filuternie po czym wróciła na swoje miejsce na krześle. Leon rzucił jeszcze tylko nieprzyjazne spojrzenie na wampira i usiadł na łóżku z założonymi rękami.
Franek postawił Volanda z powrotem na nogi.
- Powiedz ty mi – powiedział. - Czy jest metoda, żeby kontrolować istoty nadprzyrodzone za pomocą radia?
Władca Nocy wciąż wyglądał jak pokrzywdzony. Pociągnął parę razy nosem, jakby sprawdzał czy wszystko z nim w porządku. Westchnął, odchrząknął przywracając głos do normalnego stanu.
- Kontrolować, wpływać, hipnotyzować – wymienił rzeczowym tonem naukowca. - Jak ktoś potrafi, to czemu nie?
- Ja się pytam czy to w ogóle możliwe.
- A ja ci odpowiadam – w głosie zabrzmiało zniecierpliwienie. Wampir nie byłby dobrym nauczycielem. - Jest wiele istot, które nauczyły się wykorzystywać technologię do swoich działań. Telewizory, radia, telefony... Musimy iść z biegiem czasu, jeśli mamy wytrwać. Świat się zmienia, to i ci silni, którzy istnieją dostatecznie długo, też. Musiałby to być ktoś... potężny – ostatnie słowo miało wyraźne problemy z wybrzmieniem.
- Pamiętasz może chociaż to, co się działo, zanim wyleciałaś na dwór? - chłopak zwrócił się do demona. Dziewczyna chwilę się zastanawiała.
- Słuchałam swojej ulubionej audycji o północy. Gdy dobiegła końca, pojawił się głos. Nigdy wcześniej nikt się nie odzywał, pamiętam więc, że wydało mi się to dziwne... Nie pamiętam, co mówił, a potem film mi się urywa.
- To musiał być gość, który używa radia, żeby hipnotyzować demony! - zawołał Leon zadowolony. - Wystarczy go znaleźć, zlać, i po problemie, będzie można zająć się... przyjemnościami – spojrzał na Lust z głupawym uśmiechem.
- No tak, proste – westchnął Franek. - W końcu we Wrocławiu jest tylko jakieś... kilkanaście stacji? Znalezienie właściwej, i gościa który z niej nadaje o północy, będzie banalne – sarknął.
- To nie jest wrocławska stacja – odezwała się Lust.
- Jeszcze lepiej.
- Ta stacja pojawia się tylko na godzinę w nocy, a tak to jej nie ma – wyjaśniła.
- Czyli co, za dnia na tej częstotliwości nic nie ma?
- Nie ma.
Zadanie z trudnego właśnie stało się niemożliwe, pomyślał.


* * *


Siedzieli w czwórkę w kuchni. Lust włączyła radio i zaczęła szukać częstotliwości na której pojawia się Midnight Radio.
- Mogliśmy zamówić pizzę – jęczał Leon. Ten człowiek zdawał się być wiecznie głodny. Jeśli akurat nie był na jakiejś imprezie. Wtedy z reguły alkohol wystarczał.
Voland został postawiony w progu. Skorzystał z okazji i przyjrzał się mieszkaniu.
- Muszę powiedzieć, że dawno już nie widziałem tak zaniedbanego lokum – powiedział z niesmakiem.
- Sprzątaczka przychodzi we wtorki... A nie, zaraz! - rozeźlił się Franek. - Nie mamy sprzątaczki.
- W takim razie sam powinieneś zadbać o porządek. To się wręcz nie godzi.
- Nie mam czasu na pierdoły. Lepiej się przymknij, bo zaraz wrócisz do szafy.
- Tam przynajmniej panuje porządek!
- Cicho! - zawołała Lust. - Znalazłam – powiedziała zadowolona i usiadła na blacie tuż przy oknie.
Przez chwilę z radia dobywał się tylko szum. W końcu jednak zniknął, jakby ktoś go wyciszył. Nastąpiło kilka sekund zupełnej ciszy, aż pojawiła się muzyka. Pomieszczenie wypełnił spokojny, przyjemny jazz.
- Brzmi nieźle – mruknął Leon.
Franek wsłuchał się w muzykę, w nadziei, że wychwyci coś niecodziennego, może coś, co podpowie mu co robić, by znaleźć nadawcę. Szybko jednak przyjemne dźwięki zupełnie go pochłonęły. Poczuł się jak kiedyś, gdy jako jedenastolatek po kłótni z ojcem uciekł z domu, zgubił się gdzieś w okolicach centrum i z braku lepszych pomysłów wszedł do dużego lokalu, który okazał się klubem jazzowym z muzyką na żywo. Traf chciał, że w tym właśnie miejscu akurat grał zespół do którego należała jego matka. Był to ostatni jej występ przed śmiercią, czego wtedy jeszcze nie wiedział. To nie ona zresztą wtedy go zafascynowała. Jak zaczarowany podszedł do sceny i przez cały czas grania wpatrywał się w starszego, czarnego saksofonistę. Było w jego muzyce coś niesamowitego, coś niemalże – jakby wtedy to określił – magicznego. Przez ten któtki czas nic nie miało znaczenia. Zero zmartwień. Jakby cały świat się zatrzymał. Tak właśnie poczuł się teraz, słuchając Midnight Station.
Jazz został zastąpiony trochę mocniejszym tonem rocka, który później z kolei przeszedł w chillstep. Łącznie muzyka leciała przez trochę ponad godzinę. W końcu dźwięki zostały powoli wyciszone.
Nagle rozległ się głośny trzask. Szum był o wiele głośniejszy od tego który słychać normalnie między stacjami. Franka niemalże zwaliło z nóg. Poczuł się jak uderzony obuchem w brzuch. Głowa pulsowała tępym bólem. Na twarzy Volanda zobaczył lekki grymas.
- Wyłącz to! - zawołał do Lust.
Dziewczyna siedziała z pustym wzrokiem wlepionym w ścianę, jakby ktoś ją wyłączył. Zeskoczyła z blatu, na sekundę otoczył ją płomień, po czym w formie demona niemalże mechanicznym krokiem wyszła z kuchni. Leon pobiegł za nią.
Franek zebrał resztki sił i opierając się o blat podszedł do okna. Wymacał przełącznik i wyłączył radio. Ból głowy i wyczerpanie zniknęły. Westchnął z ulgą i usiadł na podłodze. Zobaczył butelkę wody. Odkręcił i zaczył łapczywie pić.
- Masz pomysł, co to było? - spytał wampira.
- Dawna inkantancja z czasów Imperium Rzymskiego – wykrztusił Voland. Był jeszcze bardziej blady niż normalnie. - Użyta raz, i powinna dawno zostać zapomniana.
- Ten szum ma niby być jakimś zaklęciem?
- Nie słyszałeś słów? - zdziwił się wampir.
- Nie.
Obaj popatrzyli na siebie w nagłym olśnieniu.
- Ponieważ mam w sobie prawie cały twój wampiryzm...
- … Oni mnie nie kontrolują...
- A ja odczuwam tylko te sensacje jak jakiś pieprzony radar!
- Muszę przyznać, że jak na tak oczytanego człowieka, twoje porównania są raczej kiepskie – stwierdził Voland.
Franek wzruszył tylko ramionami. Nie miał ani ochoty, ani czasu by się z nim przekomarzać. Trzeba znaleźć Lust i uspokoić. Trzeba zastanowić się jak znaleźć nadającego nocną audycję.
- Potrafisz może dojść do źródła inkantacji? - zapytał.
- A co ja jestem, GPS? - prychnął Voland.
- Tak myślałem – mruknął. To nie mogło być tak proste.
Odstawił wampira do dużego pokoju i wyszedł z mieszkania. Zjechał windą na dół, stanął przed budynkiem. Cały czas zastanawiał się, gdzie dziewczyna mogła się udać, w nadziei na znalezienie odpowiedzi lepszej niż „wszędzie”. Zadzwonił do Leona.
- No? - usłyszał szept w słuchawce.
- Gdzie jesteście?
- Lust właśnie wleciała do pokoju w hotelu Plaza przez otwarte okno – padła odpowiedź. - Zaraz tam idę jej szukać.
- Czekaj na mnie przed budynkiem – powiedział Franek z naciskiem. - Niczego nie próbuj sam – dodał. Lepiej nie puszczać Leona samego. Jeszcze narobi problemów. Potrafił być... zaskakująco nierozgarnięty.
Rozłączył się i ruszył biegiem w stronę rzeki.


* * *


Stali przed wejściem do hotelu. Przez szklane drzwi widzieli kilku kręcących się mężczyzn wyglądających jak książkowy przykład biznesmena, „całkiem niezłą” recepcjonistkę, jak ją określił Leon i jednego ochroniarza. Wnętrze było ogromne, wyglądało elegancko i przede wszystkim czysto, co było raczej rzadkie we wrocławskich hotelach. Z drugiej strony, jeszcze tylko jeden hotel w mieście mógł się pochwalić sześcioma gwiazdkami na rankingu światowym.
- Chciałbym w takim pokój – rozmarzył się Leon.
- Wylęgarnia snobów – mruknął Franek. Nie przepadał za takimi miejscami.
- Dziwny jesteś – skwitował Wakowski. - Co robimy?
Dobre pytanie. Nie znali numeru pokoju do którego wpadła Lust, nie wiedzieli kto tam mieszka, o ile w ogóle. Leon jedynie mniej więcej oszacował numer piętra.
- Może po prostu wejdziemy tam jak gdyby nigdy nic, sprawając wrażenie, że jesteśmy u siebie? - rzucił Kowalewski z powątpiewaniem. Zanim jednak zdążył powiedzieć coś więcej, Leon już wchodził do środka. Westchnął ciężko i wbiegł za pzyjacielem do budynku.
Jak gdyby nigdy nic Leon podszedł do recepcji. Oparł się nonszalancko o blat i obdarzył recepcjonistkę szerokim uśmiechem.
- W czym mogę pomóc? - zapytała dziewczyna także się uśmiechając, choć nie tak szczerze jak chłopak. Wyglądał raczej jak coś, czego uczą w ramach szkolenia przed przyjęciem do pracy.
- Już mi pomogłaś – odpowiedział aksamitnym tonem. - Sam widok tak atrakcyjnej dziewczyny jak ty sprawia, że mój dzień jest lepszy.
Dziewczyna westchnęła zażenowana, widać jednak było, że spodobały jej się usłyszane słowa.
- Z pewnością będziesz w stanie sprawić, że będzie jeszcze lepszy – dodał sugestywnie.
- W takim razie słucham – wstała zza komputera i stanęła z nim twarzą w twarz.
- Widzisz, ja i mój przyjaciel – wskazał na Franka który akurat do niego dołączył. - Szukamy pewnego człowieka, który się u was zatrzymał, a znamy tylko piętro jego pokoju.
- Wiesz, jak mi podasz nazwisko... - zaczęła dziewczyna. Przyłożył jej delikatnie palec do ust. - Cśśśś. To nic nie da. Zawsze podaje fałszywe.
- Jesteście ze służb? - zapytała podniecona.
- Jesteśmy? – mruknął. - Im mniej wiesz, tym lepiej śpisz – puścił jej oczko. Zachichotała.
- W takim razie które piętro?
- Dziewiąte.
Wróciła na miejsce i zaczęła przeszukiwać spis gości.
- Co to było? - zapytał Franek. Leon tylko przyłożył palec do ust na znak, żeby był cicho. Ponownie posłał recepcjonistce swój najlepszy uśmiech. W końcu dziewczyna przyzwała go bliżej.
- Na dziewiątym zajęte są tylko dwa pokoje, oba przez mężczyzn – powiedziała. - Jeden z nich wyszedł jakieś pół godziny temu.
- W takim razie tam się udamy – powiedział odsuwając się od blatu.
- Może lepiej będzie jak pójdę z wami? Wtedy ochrona się do was nie przyczepi...
- Wspaniały pomysł...! Ale nie – dodał widząc minę Franka. - Tam może zrobić się... gorąco. Bardzo.
- Idziemy – zakomenderował Kowalewski, złapał towarzysza za ramię i pociągnął w stronę wind.
- Do widzenia – zawołała za nimi dziewczyna zawiedzionym głosem. Leon posłał jej buziaka i w końcu odwrócił się, wyrwał z uchwytu Franka i ruszył za nim.
- Powtórzę pytanie: Co to było?! - spytał Franek, gdy już byli w windzie. Ochroniarz o dziwo nie sprawiał problemów, choć pokazał im, że będzie mieć ich na oku.
- Trochę magii i osobistego wdzieku – odparł Leon z dumą. - Lata praktyki i dużo lektury, plus trochę filmów akcji.
- Nie rozumiem...?
Leon westchnął ciężko. - Po prostu stworzyłem sytuację, w której chciałaby się znaleźć każda kobieta – odpowiedział tonem wykładowcy.
- To nie może działać tak prosto...
- Ależ działa! Jakbyś nie siedział tyle w domu i oprócz dziwności zainteresował się też czasem zwykłymi ludźmi, też byś tak potrafił. Kto wie, może nawet byś znalazł sobie dziewczynę...
- Przymknij się.
Wakowski pokręcił głową zrezygnowany.
Dojechali na dziewiąte piętro. Ukazał im się długi korytarz pełen drzwi.
- Nie przyszło ci do głowy zapytać o numer zajętych pokoi, prawda? - spytał Franek ironicznie. Leon machnął ręką i ruszył przed siebie. Przy każdych drzwiach stawał na chwilę i nasłuchiwał. W końcu, mniej więcej w połowie korytarza, uśmiechnął się zadowolony. - To tu – powiedział dumny z siebie.
- Odsuń się – powiedział Franek i stanął naprzeciwko drzwi.
- Co chcesz zrobić?
- Nie mam czasu i cierpliwości na delikatne rozwiązania – powiedział po czym z całej siły kopnął drzwi i wszedł do środka.
Znaleźli się w dużym apartamencie. Jedyne źródło światła stanowiła podwójna lampa stojąca przy łóżku, tworząc lekki półmrok. Ogromne łóżko pod ścianą na lewo od drzwi zajmował starszy mężczyzna przywiązany do tylnego oparcia. Lust siedziała na nim i właśnie miała rozpinać mu spodnie. Staruszek nawet się nie zdziwił na pojawienie się chłopaków. Wyglądał, jakby było mu wszystko jedno.
- O matko – westchnął Franek zażenowany. - W tym wieku...
- A ja tam jestem pełen podziwu – stwierdził Leon patrząc zafascynowany.
- W czym mogę pomóc? - spytał kulturalnie staruszek.
- My po dziewczynę – powiedział Franek i podszedł do demona. - Lust, wychodzimy.
Dziewczyna popatrzyła na niego zamglonymi oczami, i jak gdyby nigdy nic wróciła do przerwanej czynności.
- Jest najwyraźniej pod wpływem – odezwał się ponownie mężczyzna. - Nic do niej nie dociera.
- Zabierzemy ją i już nie przeszkadzamy.
Dotknął ramienia dziewczyny – był gorący jak diabli – i pociągnął. Demon zaprzestał odpinania guzików i wstał. Odwróciła się do chłopaka i kopnęła go w twarz. W ostatniej chwili osłonił się co uratowało go przed utratą oka.
- To nie było miłe – warknął. - Pomożesz mi? - zapytał Leona. Chłopak stał oparty o ścianę.
- A może poczekamy i popatrzymy? - zapytał. - Jesteśmy ciekaw ile wigoru ma w sobie...
- Chory pojeb – westchnął Kowalewski. Rozejrzał się po pokoju. Koło telewizora naprzeciwko łóżka stał porządnie wyposażony barek. Był otwarty.
- Można? - zapytał mieszkańca pokoju.
- Proszę bardzo.
Chłopak wybrał dużą, cieżką butelkę whiskey. Zważył ją w dłoni. Następnie znów stanął za Lust i wymierzył jej mocne uderzenie rozbijając butelkę i nokautując ją.
- Wybacz – mruknął i zarzucił ją sobie na ramię. - Do widzenia – skłonił się i ruszył do wyjścia.
- Zawołajcie służbę jak będziecie wychodzić! - zawołał staruszek. - I na przyszłość pilnujcie swojej przyjaciółki lepiej! Albo chociaż niech uprzedzi... - dodał po chwili namysłu.
- Daje pan jeszcze radę... ten tego... z kobietą? - zapytał Leon przed wyjściem. Franek po raz pierwszy w życiu widział go zmieszanego.
- A pewnie! - odparł starzec. - Z kobietą zawsze!
- Ile pan ma lat?
- Osiemdziesiąt cztery, drogi chłopcze! - w głosie zabrzmiała nieukrywana duma.
- To jak...?
- Ma się swoje sposoby – powiedział z uśmiechem stukając się w skrzydełko nosa. -Jakbyś przeżył to co ja...
- Idziemy! - zawołał Franek i niemalże siłą wyciągnął przyjaciela na korytarz.
Franek i Leon zjechali windą na parter. Uśmiechnęli się do strażnika, po czym Franek skierował się do wyjścia, Leon zaś do recepcji. Na jego widok dziewczyna wstała i uśmiechnęła się. - Tak? - spytała.
- Wyślij kogoś do pokoju... - Wakowski zdał sobie sprawę, że nie sprawdził numeru. - Tam, gdzie mieszka tak starzec. Trochę tam trzeba... posprzątać.
- Chodzi o pana Wędrowika?
- Dokładnie! - ucieszył się. - I jakby co, nas tu nie było – dodał. - Miłej nocy życzę.
Dołączył do Franka przed wejściem do budynku i razem skierowali się do jego domu.


* * *

- Witam z powrotem – zawołał Voland słysząc wchodzących chłopaków do mieszknia. - Jak było?
- Wspaniale – rzucił Franek sarkastycznie. Wszedł do pokoju i ułożył Lust na łóżku. W drodze powrotnej odmieniła się w człowieka.
- Co robimy? - spytał Leon. Była za dwadzieścia druga. Zmęczenie dawało się im obu we znaki.
- Muszę się wykąpać, przespać, pomyśleć, zjeść coś... - wymienił Franek. Czuł się okropnie. Wciąż nie do końca doszedł do siebie po kakofonii z radia zaraz po nocnej audycji. Potrzebował snu. I kąpieli. Ostatni prysznic brał przedwczoraj. Zaczynała swędzieć go głowa. W sumie fryzjer też byłby niezłym pomysłem, szkoda tylko, że w nocy żaden nie jest otwarty. - Pilnuj Lust – rzucił do Leona. - Możesz się przespać w sypialni. O ile zostajesz?
- Zostaję – postanowił Wakowski po chwili zastanowienia. - Pewnie i tak po mnie zadzwonisz. Podejrzewam, że na niej ciężko będzie polegać, skoro ktoś potrafi ją kontrolować.
- W takim razie czuj się jak u siebie. W lodówce chyba jeszcze jest coś zjadliwego. Ewentualnie masz konsolę podłączoną do telewizora – wskazał na sprzęt stojący koło okna. - W ostateczności zawsze możesz dotrzymać towarzystwa Volandowi – dodał ze złośliwym uśmieszkiem.
- Nie dzięki – mruknął chłopak obrzuciwszy wampira niechętnym spojrzeniem. - Posiedzę przy Lust – powiedział i usiadł koło niej.
- W takim razie dobranoc – powiedział Franek głośno ziewając i wychodząc z pokoju. - Tylko nie rób niczego durnego – dodał przez ramię. Akurat w momencie gdy Leon zaczął rozpinać guziki koszuli którą miała na sobie dziewczyna. Odsunął się i wyszczerzył w niewinnym uśmiechu.
O następnych godzinach snu Kowalewski mógł powiedzieć wszystko, poza tym, że się wyspał. Obudził się chyba ze cztery razy. Za każdym razem śniło mu się to samo. Stał w obszernej, ciemnej sali pełnej wysokich, czarnych kolumn. Na środku, a przynajmniej tak mu się zdawało, stał wysoki totem przypominający te, które spotykało się w książkach do historii w podstawówce w rozdziałach o Mieszku I. Przez panujący mrok chłopak dostrzegł tylko cztery twarze na szczycie obiektu, które były jakby oświetlone od wewnątrz. Czuć było od nich dziwny chłód. Kiedy zasnął poraz ostatni, usłyszał szept. „Pradawni wrócili”.
Dochodziła dziewiąta rano. Nie mogąc spać dalej, ziewając pełną gębą Franek zwlókł się z łóżka. Podłączył telefon do ładowania, odpalił komputer i poszedł sprawdzić co z resztą towarzystwa. Voland najwyraźniej zasnął, co chłopak widział po raz pierwszy. Nigdy w sumie nie sprawdzał co się dzieje z wampirem kiedy był zamknięty w szafie. Z jednej strony to dość naturalne, w końcu każde stworzenie potrzebuje snu. Z drugiej strony Kowalewski jakoś nigdy nie wziął pod uwagę, że wampir może spać. Wydawało się to... zbyt zwykłe jak na niego. Zwłaszcza jak na Volanda, króla Nocnych Stworzeń. Lust i Leon także spali. Chłopak rozpiął koszulę succuba i leżał z twarzą przytuloną do krągłych piersi demona. Franek złapał go za kołnierz koszulki, podniósł i trzasnął w twarz. Chłopak wrzasnął.
- Za co?! - zapytał oburzony. - Miałem taki piękny sen... - mruknął. Spojrzał na kanapę. - Widzę, że nader realny... - dodał z uśmiechem.
- Walić twój sen – bruknął gospodarz. Zabrał się za zapinanie guzików koszuli Lust. - Mamy radio do znalezienia.
- Ja bym wolał raczej znaleźć jakieś śniadanie...
- Tym się też zajmiemy. Możesz w sumie zadzwonić po pizzę – dodał po chwili namysłu. - Podejrzewam, że w lodówce dużo nie zostało.
- Trafiłeś – Leon usiadł przy stole, przyciągnął do siebie laptopa spod ściany i włączył. - Jakieś sugestie czy zdajesz się na mnie?
- Dzwoń do Muzycznej. Jest najbliżej, a dwa, że aż tak ci nie ufam.
Wakowski był ostatnią osobą, której Franek by powierzył załatwienie jedzenia. Miał niezbyt przyjemne doświadczenia z gustem przyjaciela. Wolał proste jedzenie. Gdyby gdzieś w pobliżu był dobry lokal z burgerami, żywiłby się tam codziennie.
Ranek upłynął im na jedzeniu i powolnym doprowadzeniu się do stanu używalności. Lust po obudzeniu się na prawie godzinę zniknęła w łazience. Gdy wyszła, z pomieszczenia buchnęła para.
- Lubię gorące prysznice – powiedziała w ramach wyjaśnienia, widząc pytające spojrzenia chłopaków.
Franek obudził Volanda, po czym we trójkę usiedli do stołu.
- Czy ktoś ma jakikolwiek pomysł, jak znaleźć nadawcę nocnej audycji? - spytał Kowalewski po chwili ciszy.
- Można by zacząć od znalezienia jeszcze kogoś, kto jej słucha – zaczął Leon. - Podejrzewam, że Lust jest tylko jedną z wielu stworzeń, na które wpływa ta dziwna kakofonia na końcu.
- To chyba jedyny sensowny pomysł – mruknął Franek niezbyt chętnie i z pewnym zaskoczeniem. Leon raczej nie wpadał na dobre rozwiązania, nawet jeśli były oczywiste. Sprawdzał się tylko w kwestii nocnych lokali i dziewczyn. Z tym drugim też bywało różnie.
- Tylko jak. Przecież nie będziemy biegać po całym mieście i pytać wszystkich napotkanych przechodniów.
- Studenci! - zawołał Wakowski. - Wśród nich najszybciej znajdziemy takich, co siedzą po nocach i mogą wiedzieć coś o stacji z nietypową muzyką.
- Studenci już od dawna nie słuchają radia – spróbował ostudzić zapał przyjaciela.
- A tam nie słuchają! Słuchają! Jestem pewien! I wtedy możemy razem z nimi szukać dalszych wskazówek! - rozentuzjazmował się chłopak.
- Przyznaj się. Chodzi ci o studentki – westchnął z rezygnacją Franek.
- Studentki! - zawołał energicznie.
Kowalewski tylko pokręcił głową. Mimo wszystko nie było to takie głupie. Mając w pamięci co Leon zdziałał w nocy w hotelu, teraz też może rzeczywiście czegoś się dowie. Przy okazji Franek sprawdzi, czy nie był to tylko jednorazowy przypadek, tylko rzeczywiście „umiejętności”.
- Czyli ty idziesz na uczelnię – powiedział Franek. - Ja się jak zwykle pokręcę po mieście.
- O nie! - zaoponował Leon. - Idziesz ze mną – uśmiechnął się. Kowalewski znał ten uśmiech. Z reguły nie wróżył mu niczego dobrego.
- Mogę z wami? - spytała Lust. - Tam jeszcze nie byłam.
- Twoje towarzystwo będzie czystą przyjemnością.
- Chyba oszaleliście – wzburzył się Franek. - Nigdzie nie idziesz.
Dziewczyna nadęła usta niezadowolona. - Nie będę siedzieć w domu kiedy wy będziecie się bawić – prychnęła jak rozwydrzona nastolatka. - Idę i już.
- No właśnie, idzie i już! - zawołał Leon.
Franek westchnął tylko z rezygnacją. - Miejmy to już za sobą... - powiedział wstając.

* * *

Kampus Politechniki Wrocławskiej był niczym miniaturowe osiedle. Zbieranina nowoczesnych budynków uczelnianych z ogromnym placem w środku i własnymi jadłodajniami. Nie daleko znajdowały się też akademiki, poszerzając przestrzeń studencką niemalże do rozmiarów Ołbinu.
Plac był pełen studentów, idących na wykłady, z wykładów, nie-idących na wykłady i mających przerwę. Leon zaraz po wkroczeniu na teren uczelni zaczął rozglądać się za studentkami „mogącymi posiadać interesujące ich informacje”, jak się wyraził. Z jakichś niewyjaśnionych względów jednym z kryterium jakimi się posługiwał był rozmiar biustu.
- Nie wydaje mi się, żeby pytanie napotkanych tutaj studentów było łatwiejsze niż pytanie losowych ludzi na ulicy... - marudził Franek. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz pojawił się na uczeni. Nie był nawet pewien, czy wciąż ma status studenta. Przynajmniej legitymacja była jeszcze ważna, i nie wahał się tego wykorzystywać. Może dostał status „zaginiony” albo co...
Wakowski podszedł do grupy dziewczyn siedzących na ławkach przed „głównym budynkiem”. Swoje określenie zawdzięczał głównemu dziekanatowi mieszczącemu się w jego wnętrzu. Istniały jeszcze inne, odpowiedzialne za poszczególne wydziały, w odpowiednich budynkach.
- Cześć dziewczyny – przywitał się Leon. Entuzjazm bił od niego niczym ciepło od piekarnika.
- Cześć – odpowiedziały studentki ku zaskoczeniu Franka. Był pewien, że jego towarzysz zostanie zignorowany. Lub gorzej.
- Co tam? Jak tam? Ciężki dzień na uczelni? - spytał siadając pośród nich. - Można? - spytał z szerokim uśmiechem, gdy już zajął miejsce.
- Ciężki... - mruknęła jedna.
- Zaliczenia... - burknęła druga tonem gospodyni domowej narzekającej przyjaciółce na czym świat stoi.
- Ach – westchnął Leon współczująco. - Znam to. Kolokwia, projekty, zarywanie nocek...
Dziewczyny chórem przytaknęły jego słowom.
- Koszmar – skończył wyliczanie. - A propos zarywania nocek – spojrzał uważnie na każdą z obecnych. - Słyszałyście może pewną... historię? - spytał. - O nocnym radiu?
- Pojawiającym się o północy? - upewniła się siedząca najbliżej niego.
Leon wyszczerzył się i pokazał stojącemu trochę dalej przyglądającemu się mu Frankowi.
- To właśnie – powiedział. - Codziennie około dwunastej w nocy – przerwał na chwilę chcąc zbudować napięcie. Najdalej siedzące przysunęły się bliżej. - Na pewnej nigdy nieużywanej częstotliwości pojawia się pewna audycja. Nic nie mówią, za to puszczają niesamowitą, klimatyczną muzykę, przez około godzinę – znów obdarzył każdą uważnym spojrzeniem. - Nikt nie wie, co to za zespoły. Nikt nie wie, kto to puszcza. Ani skąd.
- Słyszałam, że to ze stacji radia Ram pod Wrocławiem – odezwała się brunetka siedząca na ziemi.
- Niemożliwe – stwierdziła druga, całkiem nieźle wyposażona przez naturę blondynka. - Zupełnie inna częstotliwość.
- Jakby to był problem... - burknęła tamta.
Dziewczyny dalej ciągnęły tą dyskusję, aż Franek stracił zainteresowanie. Leon później opowie, jeśli czegoś sensownego się dowie. Kowalewski tymczasem może popytać kogoś innego. Odwrócił się do Lust stojącej za nim. Odkrył z zaskoczeniem, że już jej nie ma.
- No pięknie – mruknął. - Ciekawe, gdzie ją wcięło.
Rozejrzał się wokół, a gdy nie zobaczył succuba w pobliżu, wszedł do pobliskiego budynku. Dłużej nie musiał szukać. Wszedł na piętro i od razu zauważył tłum studentów zebranych wokół puf pod kolumnami na środku korytarza naprzeciwko schodów. Z niemałym trudem przepchnął się jak najbliżej centrum zamieszania.
Lust siedziała oparta o kolumnę z założoną nogą na nogę, robiąc dobry użytek z krótkiej spódniczki którą miała na sobie. Rozpięła też kilka górnych guzików koszuli. Zebrani studenci gotowi byli jeść jej z ręki.
Wydostał się z morza adoratorów i stanął przed nią.
- Co ty robisz? - zapytał.
- Zbieram informacje – powiedziała. - Choć jak na razie nie dowiedziałam się niczego wartego uwagi. Kilku próbowało mnie namówić na odwiedziny w ich mieszkaniu, żeby sprawdzić, czy przypadkiem to nie u nich. Generalnie nikt nic nie wie.
- Bez sensu – stwierdził Franek. - Nie spodziewałem się oczywiście, że znajdziemy kogoś, kto dokładnie wie skąd audycja jest nadawana, ale jakaś wskazówka byłaby mile widziana.
Spojrzał na gości stojących za nim. Nie byli zadowoleni z jego pojawienia się i wystąpienia przed szereg. Kilku zazdrośnie wyzywało go od najgorszych za to, że rozmawia z dziewczyną, inni najwyraźniej nie mieli zamiaru poprzestać na słowach.
- Chyba będę znikał – powiedział.
- Idę z tobą – powiedział demon wstając. Przez tłum przetoczył się jęk zawodu. Jęk przerodził się niemalże w płacz, kiedy Lust dopięła koszulkę, zakrywając swe wdzięki.
- Myślałem, że succuby lubią być w centrum męskiej uwagi – powiedział Franek z rozbawieniem.
- Są pewne granice – odpowiedziała niechętnie. - Ta grupa jest tępa. Ślinią się jak wygłodzony buldog na kurczaka. A wystarczyłoby trochę zachodu i higieny, żeby zaliczać...
Wyszli z budynku. Leon czekał na nich tam, gdzie siedział. Otaczające go dziewczyny zniknęły.
- Niech zgadnę, też nie dowiedziałeś się niczego konkretnego – rzucił Franek.
- Zdobyłem trzy numery – odparł chłopak dumnie. - Ale o radiu nic konkretnego...
We trójkę opuścili teren Politechniki.
- Gdzie teraz? - spytał Leon. Żadne z nich nie miało pomysłu, co dalej. Franek co prawda miał pewne rozwiązanie, ale nie chciał po nie sięgać. Nie, jeśli była inna możliwość. A ta niestety się nie pojawiała.
- Może ze mną? - usłyszeli.
Zza kiosku z kanapkami wyłonił się niewysoki chłopiec w bluzie z kapturem, na oko mający nie więcej niż trzynaście lat. W ręku miał dziwne, podłużne urządzenie skierowane w stronę Lust.
- A ty to niby kto? - spytał Leon.
- Daniel Słomiński – przedstawił się chłopiec. - Tak w zasadzie to przyszedłem po demona.
- A dlaczego niby mielibyśmy z tobą iść? - odezwał się Franek. Nie lubił dzieci. A ton tego konkretnego młodzieńca działał mu na nerwy.
- Wy w sumie nie musicie – odpowiedział Daniel. - Za to ty już tak – zwrócił się do Lust. Dziewczyna uśmiechnęła się słodko.
- A cóż byś chciał ode mnie? - spytała słodkim tonem.
- Powiedzmy, że drobnej przysługi – stwierdził. - Chodzi o mojego ojca...
- Jesteśmy trochę zajęci, młody – zniecierpliwił się Franek. - Więc spadaj pobawić się gdzie indziej.
- Wybacz – powiedziała dziewczyna robiąc skruszoną minę. - Może innym razem.
- Nie sądzę – stwierdził młodzieniec. Nacisnął coś w trzymanym urządzeniu. Z rury pod czymś, co najwyraźniej było panelem kontrolnym wystrzeliła siatka i ciasno oplotła succuba. W momencie trafienia nastąpiło potężne wyładowanie elektryczne. Lust wrzasnęła z bólu.
- Czy teraz ze mną pójdziesz? - spytał chłopiec jak gdyby nigdy nic.
- Pojebało cię?! - wrzasnął Leon. Doskoczył do dziewczyny i spróbował ją rozplątać. Oboje mocno oberwali kolejnym ładunkiem energii. Chłopaka aż odrzuciło.
Franek westchnął zażenowany. - Dałaś się zrobić dzieciakowi – stwierdził z lekkim rozbawieniem w głosie.
- Trochę... współczucia, co? - warknęła Lust. Nawet nie próbowała się szarpać, bojąc się następnego wyładowania.
- Nie chciałem tego robić – powiedział Daniel przepraszająco. - Z reguły jestem raczej miły gość.
- Dobra – Kowalewski podniósł ręce w geście kapitulacji. - Wygrałeś. Prowadź, wodzu.
- W takim razie idziemy do mnie – rzucił młodzieniec przypinając urządzenie do pasa.
- Mógłbyś ją rozplątać? - spytał Franek jeszcze. - Obiecuję, że będzie grzeczna.
- A no tak – mruknął Daniel. Nacisnął coś z boku urządzenia. - Już nie będzie kopać.
Leon pozbierał się i pomógł Lust wyplątać się z sieci. Ledwo stała na nogach. Wakowski musiał ją podtrzymywać, żeby nie upadła.
Ruszyli za dzieciakiem.

* * *

Po niecałej godzinie podróży tramwajem i przesiadce do autobusu w końcu dotarli pod Wrocław, gdzie znajdowało się królestwo domków jednorodzinnych. Lust w tym czasie doszła już do siebie. Daniel zaprowadził ich do dwupiętrowej, niczym nie wyróżniającej się chaty z garażem.
- Zapraszam – powedział otwierając furtkę i wpuszczając ich przed sobą. - Nie nie! - zawołał, gdy skierowali się do drzwi frontowych. - Chodźmy prosto do garażu.
Wymienili niepewne spojrzenie, po czym stanęli za młodzieńcem. Daniel wyciągnął z kieszeni klucze do mieszkania i wcisnął przycisk na pilocie. Z cichym zgrzytnięciem garaż stanął przed nimi otworem.
Powiedzieć, że wnętrze było zagracone, to jak stwierdzić, że od menela z wrocławskiego dworca kolejowego „czuć alkoholem”. Każdą wolną przestrzeń pod ścianami zajmowała wszelkiego rodzaju elektronika wrzucona tam bez ładu i składu, tworząc dżunglę kabli i metalowych części. Jedynie w okolicach prawego kąta zdawał się panować względny porządek. Znajdowało się tam narożne biurko, na którym było zdecydowanie mniej rzeczy niż wszędzie wokół. Stało też tam małe, stare, szare krzesło biurowe na kółkach.
- Wow – wyrwało się Leonowi.
- Ładna... kolekcja? - rzucił Franek. - Co to jest?
- Takie tam graty mojej matki. Nie przejmujcie się – powiedział Słomiński zajmując miejsce za biurkiem i odpalając laptopa. - Raczej nic nie wybuchnie – dodał po chwili.
- Twoja matka jest złomiarzem? - spytał Leon. Wyglądał wręcz na zafascynowanego. Coś zupełnie nowego w jego zachowaniu. Z reguły jeśli coś nie dotyczyło kobiet bądź alkoholu, wykazywał brak zainteresowania.
- Wynalzca to raczej lepsze słowo – odparł chłopiec. - Naukowiec też pasuje. I ładnie brzmi.
- A gdzie jest teraz?
- W Tokio. Dostała tam pracę i niemal od razu poleciała.
- A ty tak o sobie teraz korzystasz z jej pracowni, tak?
- No – cała uwaga Daniela zdawała się skupiać na laptopie.
- A twój ojciec?
- Od przedwczoraj nie żyje – odpowiedział beznamiętnie.
Nastała dość niezręczna cisza. Chłopiec popatrzył na nich i westchnął.
- Zamordował go demon, taki jak ta wasza znajoma – wyjaśnił. - Trochę niefajnie. Jak zacząłem szukać tego demona, odkryłem stację radiową aktywną tylko w nocy. Duża szansa jest, że tamten succub też był kontrolowany, więc najlepiej będzie od razu udać się do źródła problemu. A sposób na znalezienie źródła sygnału jest prosty i trudny zarazem.
- A jaki masz pomysł?
- Ona – wskazał na Lust. - Zaprowadzi nas do tego, któremu zbierają dusze.
- No tak... - mruknął Franek. Mógł się tego spodziewać. Sam wpadł na to rozwiązanie dawno temu, powstrzymywał go jednak fakt, że ktoś będzie musiał umrzeć. Może nie przepadał za ludźmi, był raczej typem samotnika, ale jakieś poczucie moralności posiadał. Do tego dochodził przypadek Lust. Nie zauważył, żeby od czasu gdy z nim zamieszkała dalej wykradała dusze, i miał cichą nadzieję, że tak jest tylko dlatego, że skrzętnie się z tym kryje. Jaka jednak była gwarancja, że jak teraz do tego wróci, zahipnotyzowana czy nie, to nie będzie mogła się powstrzymać? No, zawsze pozostawało jeszcze pozbawienie jej mocy...
- Nie podoba mi się to – powiedział stanowczo. - Protestuję.
- Niespecjalnie interesuje mnie twoje zdanie w tej sprawie – odparł Daniel znudzony. - Interesuje mnie tylko demon. Wy się napatoczyliscie przy okazji.
- A nie obchodzi cię, że ktoś umrze?
- To tylko jedna dusza. Pomyśl, ile w ten sposób będzie mogło spać spokojnie.
Franka aż zatkało. Nie spodziewał się takiej postawy u tak młodego człowieka. Stanął nad nim i popatrzył w oczy. Były stalowoszare, chłodne, pozbawione blasku dziecięcej naiwności, że świat jest prosty i wcale nie taki zły. Te oczy widziały już niejedno. Poczuł na plecach lekki dreszcz.
- Kim ty jesteś? - spytał.
- Daniel, mówiłem ci już – westchnął zirytowany. - Nikim więcej... No, może tylko jestem trochę bardziej ogarnięty niż moi rówieśnicy – dodał po chwili zastanowienia.
- Ile ty masz lat?
- Czternaście.
Leon zachichotał. - Nie możesz nawet dzieciaka przegadać – parsknął. Franek zgromił go wzrokiem.
- Nie dziwię mu się – mruknął Daniel.
- Ale Lust nie wykorzystasz! - zawołał nagle Kowalewski wracając do tematu.
- Powiedziałem ci już, że nie interesuje mnie twoje zdanie w tej kwestii. Co ty na to... Lust, tak?
Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami. - Znaczy – powiedziała wolno. - Nie bardzo mi się uśmiecha znowu poddawać się temu rozkazowi, ale nie bardzo mamy inne wyjście. Nie widzę w pobliżu innego demona... Więc w sumie...
- No to załatwione.
- Nie! To moja dzie... - Franek w ostatniej chwili ugryzł się w język. Poczuł jak się rumieni. - Mój demon i nie pozwalam, żeby teraz zaczęła znowu latać i wydzierać ludziom dusze! - poprawił się.
Spojrzał na resztę. Leon tylko westchnął zażenowany. Lust uśmiechnęła się, inaczej niż zwykle. Takiego jeszcze u niej nie widział. Był jakiś taki... ciepły?
- A chrzanić to – poddał się. I tak nic by nie wskórał. - Czyli teraz co, czekamy do północy?
- Niestety – mruknął Daniel. - Też bym chciał jakoś to wszystko przyspieszyć, ale nie mamy jak.
- W takim razie będę na dachu – rzucił Franek i wyszedł. - Masz może coś do picia? - spytał na odchodne.
- W lodówce powinno być piwo ojca...
- Poczęstuję się – powiedział i wyszedł z garażu. Po chwili wrócił.
- Zapomniałem, że nie mam kluczy do drzwi.
- Wejdź tędy – Słomiński wskazał drzwi ukryte wśród gąszcza kabli. Od podwórka nie było ich widać. Wchodząc trzasnął mocno, jako ostatni akt niezadowolenia.
Leon tymczasem stanął za Danielem i zerknął na monitor.
- Co robisz? - spytał.
- Prowadzę wojnę.
- Wojnę?
- W StarCrafcie.
- Przez cały ten czas grałeś?
- No – mruknął. - I tak by nie wygrał – rzucił od niechcenia myśląc o Franku. - Nie była to ciekawa dyskusja.


* * *

Lust w końcu znudziło się siedzenie z Leonem i Danielem. Postanowiła poszukać Franka. Weszła do mieszkania i rozpoczęła zwiedzanie.
Znalazła się na niedużym, kwadratowym przedpokoju. Zaraz przy drzwiach do garażu stały schody na piętro. Po lewej stronie miała drzwi frontowe. Kuchnia znajdowała się naprzeciwko, przed sobą zaś miała salon, robiący też za jadalnię. Duży stół stał przy oknie wychodzącym na główną ulicę, dalej zaś przy prostopadłej ścianie stała duża kanapa i telewizor. Wszystie pomieszczenia miały podobną, jasną tapetę. Wyjątkiem była kuchnia która była kremowobrązowa.
Weszła na piętro. Były tutaj dwa pokoje, łazienka z toaletą i spora wolna przestrzeń, w której ktoś postawił biurko i podłączył komputer. Najwyraźniej była to pracownia ojca, o ile Daniel nie zajmował się na boku handlem nieruchomościami.
Otworzyła pierwsze drzwi zaraz przy schodach. Znalazła się w pokoju chłopca. Niebieskie ściany obwieszone były plakatami z różnych gier wideo, od Linka z The Legend of Zelda po Geralta z Wiedźmina 3. Półki były pełne książek, głównie sci-fi. Na szczególnym miejscu, wręcz wyeksponowana spośród innych pozycji stała kolekcja Diuny Franka Herberta i jego kontynuatorów. Oprócz tego jedyną wyróżniającą się półką była ta, na której stały gry na różne konsole. Poza tym w pokoju stało jeszcze łóżko, które od dawna było nieścielone, i biurko zawalone jakimiś papierami.
Przeszła do drugiego pokoju. Sypialnia ojca. Prostopadle do drzwi stała ogromna szafa zajmująca całą ścianę. Środek zajmowało ogromne łoże. Ściany pomalowane były na delikatną ciemną czerwień. Nad łóżkiem dziewczyna dostrzegła płytę za którą zamontowane były halogeny. Uśmiechnęła się mimowolnie. Znała takie sypialnie aż za dobrze.
W łóżku leżał mężczyzna. Jego obecny stan uniemożliwiał określenie czegokolwiek. Nieliczne włosy, które jeszcze nie wypadły, były zupełnie białe. Oczy wyglądały jakby wpadły do środka czaszki. Skóra była blada i zupełnie wyschnięta. Przypominał kilkuwiekową mumię. Tak właśnie wyglądali ludzie którym za życia wyrwano duszę. Lust dawno już żadnej nie odebrała. Patrzyła teraz na truchło beznamiętnym wzrokiem. Ciekawe, czy ta, która to zrobiła, była pod wpływem zaklęcia nadawanego przez radio. Koło łóżka dostrzegła niedokończoną butelkę wina. Wzięła ją i wyszła z pokoju.
Rozejrzała się za możliwym wyjściem na dach. Nigdzie nie było żadnej klapy. Przypomniała sobie o oknie w pokoju Daniela. Otworzyła je i wspięła się na parapet. Tuż obok zobaczyła Franka leżącego na plecach i wpatrzonego w powoli ciemniejące niebo. Ostrożnie go obeszła i usiadła tuż obok.
- Jak tam? - spytała w końcu, nie mogąc wytrzymać ciszy. Chłopak mruknął tylko coś niezrozumiale. Nawet na nią nie spojrzał.
- Wiesz... - trochę dziwi mnie twoje podejście – powiedziała. - Nadal nie wygoniłeś mnie ze swojego mieszkania, teraz nie zgadzasz się, żebym robiła za przynętę... Czy jakkolwiek to nazwać.
Zerknęła na niego w poszukiwaniu jakiejś reakcji. Jego twarz była uosobieniem beznamiętności.
- Generalnie myślałam, że w dużej mierze masz mnie gdzieś. Ale... słyszałam, co powiedziałeś. Albo raczej co chciałeś powiedzieć zanim się poprawiłeś. I jakoś tak... – przerwała na chwilę, zastanowiła się, co powiedzieć dalej. Odłożyła ostrożnie butelkę, weszła wyżej i usiadła tak, by znaleźć się z nim twarzą w twarz. Spojrzał jej w oczy.
- To było miłe – mruknęła w końcu cicho. Niemalże nieśmiało.
Pochyliła się i pocałowała go w usta. Był to zupełnie inny pocałunek niż zwykle. Niemalże delikatny, bez cienia succubowej namiętności i agresji. Prawie zaraz się odsunęła.
- Dziękuję – dodała prawie niesłyszalnie, po czym wróciła na poprzednie miejsce i zajęła się opróżnianiem przyniesionej butelki.
Franek bardzo chciał wypełnić ciszę, jaka zapadła, nic mu jednak nie przychodziło do głowy. Nigdy nie był dobry w rozmowach z dziewczynami, demon czy nie. Nie bez powodu był postrzegany jako człowiek nieczuły i psujący nastrój. Teraz pewnie też by tak wyszło, gdyby zadał jedno z tysięcy pytań, jakie kłębiły mu się w głowie. Każdy ma swoją historię. Dopiero teraz pomyślał, że Lust też to może dotyczyć.
Podniósł się i usiadł koło niej, otworzył sobie kolejne piwo. Westchnął ciężko.
- Spoko – rzucił tylko.
Resztę wieczoru spędzili siedząc w ciszy obserwując powolny zachód słońca.


* * *

- E, gołąbeczki! - zawołał Leon wyszedłszy na dwór. - Złaźcie na dół!
Franek niechętnie otworzył oczy. Było ciemno. Nad głową miał niebo rozświetlone gwiazdami. Nawet nie zawuażył, kiedy przysnął. Lust leżała na nim z głową przytuloną do jego piersi. Potrząsnął ją za ramię.
- Wstawaj – powiedział cicho. - Północ dochodzi.
Dziewczyna zamruczała przeciągle wyciągając ręce w górę i rozciągając się. Popatrzyła na niego nieprzytomnie, zaraz jednak w zaspanych oczach pojawił się błysk zrozumienia. - Dzień dobry – powiedziała. Pocałowała go.
- Raczej dobry wieczór – odparł odsuwając ją. Zeszła z niego niezadowolona. Zaraz wskoczył do pokoju i zszedł na dół, gdzie czekał Leon.
- Wyspaliście się? - spytał kwaśno. Franek tylko wzruszył ramionami. Leon zdawał się być poirytowany, co nie umknęło uwadze demona.
- Chyba ktoś tu jest zazdrosny – powiedziała zadziornie. Podeszła do chłopaka, objęła jego twarz i namiętnie pocałowała. - Starczy mnie dla was obu – powiedziała rozbawiona. Zerknęła na Franka. Ten pospiesznie udał się do garażu. Westchnęła ciężko, po czym znów oddała się całowaniu.
Dołączyli do reszty po długiej chwili. Daniel nastawiał radio na odpowiednią częstotliwość.
- Nie spieszyliście się – burknął Franek.
- Ani trochę – odparł Leon zadowolony. Stanął koło przyjaciela. - Myślałem, że cię to nie obchodzi – mruknął.
- No i miałeś rację – warknął. - I na tym poprzestańmy.
- Jak tam chcesz – odparł.
- Mam! - zawołał Daniel. Podkręcił głośność. Pomieszczenie wypełnił szum. - Zaraz powinno się zacząć. Jak Lust wpadnie w trans i poleci, ruszymy za nią, aż do miejsca, w który będzie oddawać zabraną duszę.
- Wziąłeś pod uwagę fakt, że ona potrafi latać? - spytał Franek wątpiąco. Nadal nie był zadowolony z pomysłu. A jeszcze bardziej z tego, że Lust nie miała nic przeciwko temu.
- Wszystko wziąłem pod uwagę – odparł chłopiec. Podniósł coś z biurka i rzucił Kowalewskiemu. Była to niewielka, lekka, metalowa obroża z małą lampką pośrodku.
- W środku jest nadajnik – powiedział. - Radar mam tu, w telefonie. Aplikacja mojej własnej produkcji.
- Chwalipięta – prychnął Franek i podał urządzenie dziewczynie.
- Brzydka – stwierdziła przyglądając się przedmiotowi. - Mogłeś się bardziej postarać, wiesz?
- Nie marudź – odburknął młodzieniec. - Jestem wynalazcą, nie projektantem mody. A teraz zakładaj, zaczyna się nasz Midnight Channel.
- Radio – poprawił go Franek. - To nie Persona 4.
Słomiński tylko przewrócił oczami i usiadł za biurkiem.
Szum z radia ucichł, ustępując muzyce. Tym razem były to ballady rockowe, ciężko jednk było powiedzieć coś więcej. Żaden z słuchających nie znał żadnego usłyszanego utworu. Po godzinie wszystko się skończyło. Rozległ się trzask, następnie głośny szum, a Franek poczuł się, jakby w głowie eksplodował mu dynamit. Usiadł pod ścianą ściskając się za skronie.
- Co mu jest? - spytał Daniel.
- A bo ja wiem, tak ma jak słyszy te trzaski po audycji – wyjaśnił Leon. Chłopiec otworzył szufladę w biurku i wyjął nieduży słoik.
- Masz, łyknij to – powiedział podając Frankowi niedużą okrągłą tabletkę. - Moja matka to zrobiła.
Kowalewski wziął lekarstwo i z trudem przełknął. Ból głowy powoli ustąpił.
- To draństwo działa – wykrztusił.
- Pewnie, że działa – prychnął Daniel.
Lust tymczasem przybrała demoniczną formę. Otoczył ją pierścień ognia, zwykłe ubrania zniknęły zastąpione obcisłym gorsetem z czarnej skóry, takimi samymi spodniami i wysokimi butami. Na podłogę spadła nadtopiona przy zapięciu obroża z nadajnikiem. Daniel podniósł ją z nieskrywanym zdziwieniem.
- Tego się nie spodziewałem... - mruknął młodzieniec.
Franek wybuchnął gromkim śmiechem. Dziewczyna tymczasem wyszła nadwór i wzleciała w powietrze.
- I jak teraz mamy ją śledzić? - spytał Leon.
- W standardowy sposób – odparł Daniel. - Zakładając, że któryś z was umie prowadzić samochód.
- Dawaj kluczyki, młody – powiedział Wakowski wyciągając rękę. - Pokażę ci zaraz, co znaczy „umieć prowadzić samochód”.

* * *

Lust przez długi czas krążyła po mieście bez wyraźnego celu. Poleciała na rynek, zrobiła kilka okrążeń, i w końcu poleciała na Krzyki, do mieszkań akademckich Uniwersytetu Wrocławskiego.
Franek, Leon i Daniel zaparkowali tuż przed bramą do której weszła dziewczyna. Wakowski był w siódmym niebie. Poraz pierwszy prowadził coś lepszego niż stare BMW z 2006 roku, które ojciec mu dał jako prezent za otrzymanie prawa jazdy. Nie było nic, co umknęłoby jego uwadze w Audi ojca Słomińskiego. Co chwile przestawiał tryb w komputerze pokładowym na tablicy rozdzielczej, przełączał światła i generalnie bawił się jak dziecko, które ojciec pierwszy raz posadził za kierownicą.
Kowalewski tymczasem próbował nie zasnąć, co było trudne siedząc na tylnym siedzeniu. Chciał siedzieć z przodu tak samo jak Daniel, i w końcu rozstrzygnęli to w tradycyjny sposób grając w kamień-papier-nożyce. Przegrał trzy razy z rzędu.
Myśli krążące mu po głowie powoli doprowadzały go do szału. Przede wszystkim cały czas zastanawiał się co mógł oznaczać sen, który przyśnił mu się zeszłej nocy. Jacy Pradawni? Słowiański panteon był pełen bogów, demonów, cokolwiek by sobie ktoś życzył. Zniknęli niedługo po tym, jak Mieszko przyjął chrzest, zaś krzewiciele chrześcijaństwa ostro pracowali przez następne lata, aby miejscowe legendy i opowieści przerobić na zgodne z nową wiarą. Oczywiście wiele sworów wciąż istnieje, po drugiej stronie, i lepiej, żeby nikt nie otworzył im bramy. Ale bogowie? Niby skąd mieli się wziąć teraz? A skoro już się nad tym zastanawia, to co on w ogóle tu robi? Czemu on? Z pewnością w mieście był ktoś, kto nadawał się na bohatera lepiej niż on. Jeśli słowo „bohater” w ogóle tu pasowało.
Uśmiechnął się pod nosem. Jaki jest sens życia? Gdzie jest jego miejsce? Takie pytania nie mają sensu i do niczego nie prowadzą.
Poirytowany własnymi rozmyślaniami wyszedł z samochodu.
- Ej! - zawołał Leon otwierając przednie drzwi. - A jak cię zobaczy?
- Nie zobaczy – odparł Franek obojętnie. - A nawet jeśli, to pewnie nie rozpozna.
Nie czekali zbyt długo. Lust wyszła przed bramę, zamiast jednak od razu wznieść się w górę, zaczęła rozglądać się po ulicy, jakby czegoś szukała. Dostrzegła Kowalewskiego opartego o maskę samochodu i natychmiast zaczęła iść w jego kierunku. Zanim zdążył zareagować, już stała przy nim. Położyła mu dłonie na ramieniu.
- Hej – szepnęła mu do ucha. - Zabawimy się? - spytała zmysłowo. Owionął go słodki zapach niekojarzący się z niczym konkretnym. Nie zdążył odpowiedzieć. Wpiła mu się mocno w usta, jedną nogę owinęła wokół niego, dłoń położyła mu na karku, drugą zaś złapała go za klejnoty. Jednocześnie poczuł jak umysł wypełnia mu różowa mgiełka, pozbawiając wszelkich myśli i silnej woli. Cały świat przedstał istnieć. Pozostała tylko Lust, jej nieziemsko atrakcyjne ciało, jej zmysłowe, słodkie usta i miękki, ciepły język. Przeszedł go dreszcz połączony z falą gorąca. Wszelkie zahamowania puściły. Wszak nie robił tego od miesiąca. Czasem może sobie pozwolić. Objął ją jeszcze mocniej przytulając do siebie, drugą rękę wsadził jej w spodnie. Z satysfakcją poczuł jak przyspiesza jej oddech. Puścił ją i zaczął rozpinać jej gorset.
Daniel siedział szeroko otwartymi oczami wpatrzony w scenę rozgrywającą się przed samochodem. Leon rzucił pod nosem jakieś przekleństwo i strzelił go w twarz. Chłopiec wrzasnął.
- Za młody jesteś – powiedział i wyszedł z samochodu.
Podszedł do nich w momencie jak Franek dobrał się do piersi dziewczyny. Nie zastanawiając się uderzył go z łokcia między żebra. Kowalewski siłą odsuną od siebie demona i rozejrzał zaskoczony. Zaraz zorientował się w sytuacji. Odepchnął Lust. Dysząc próbował się uspokoić. Pierwszy raz poczuł na sobie magię succuba. Nigdy jej na nim nie stosowała. Przeraził się własnej bezsilności.
- Blisko było – sapnął.
- Dzieci demoralizujesz – odparł Wakowski. - Nieładnie. Takie rzeczy to się w pomieszczeniu robi. I wygodniej, i nikt się nie przypieprzy...
- Musimy coś z nią zrobić.
Succub leżał na ziemi tak jak upadł. Popatrzyła smutno, wręcz tęskno na Franka. Dostrzegł w jej oczach dziwny, nienaturalny blask, który był jakby zamglony. - No wiesz? - powiedziała płaczliwie. - Przecież dobrze ci było...
- Cały misterny plan w pizdu – mruknął.
- Niekoniecznie! - zawołał Daniel z samochodu. W ręku trzymał nieduże kwadratowe urządzenie. - Gdzieś w okolicy jest jeszcze kilka innych demonów.
Jak na zawołanie zobaczyli nad sobą lecącego succuba.
- Wezmę ją na siebie – powiedział Leon stając między przyjacielem a dziewczyną. - A ty leć z młodym załatwić radiowca.
- Jesteś pewien?
- Jak jeszcze nigdy niczego w życiu.
- Tylko wiesz, że nie możesz sobie pozwolić...
- Wiem – rzucił zirytowany. Dlatego tym bardziej to ja się nią zajmę. Kto wie, może nawet do niej dotrę?
- W takim razie powodzenia, i nie zgiń – Franek wsiadł do audicy na miejsce kierowcy.
- Spoko – zawołał Leon na pożegnanie. - Jeszcze i tak wyjdzie na moje – wyszczerzył się.
Kowalewski odpalił samochód i ruszył za nieznanym demonem, w kierunku wskazanym przez Daniela.
- To ustrojstwo to jakiś radar? - zapytał, kiedy wyjechali z miasta. Franek mógł teraz sam dostrzec lecącą przed nimi dziewczynę.
- Tak, taka stara wersja działająca na wibracje spowodowane obecnością demonów. Stara, niedopracowana wersja, ale na krótki dystans się przydaje.
- I miałeś to cały czas?!
- Było tu, w schowku.
Franek westchnął ciężko. Postanowił nie komentować.
Demon zaprowadził ich do Lasu Strachocińskiego. Szybko stracili ją z oczu wśród korony drzew. Kowalewski przejechał drogą do jej końca, w końcu wyłączył silnik i wysiadł.
- Przez to wszystko jestem zupełnie nieuzbrojony – warknął.
- W bagażniku masz kij baseballowy – powiedział Daniel. Wyciągnął z tylnego siedzenia małą wyrzutnię, tą samą którą użył przeciw Lust. Upewnił się, że wszystko jest w porządku. - Idziemy?
Franek wziął kij, zważył go w dłoni, zamachnął się parę razy. - Ciężkie – stwierdził niezadowolony. Wzruszył ramionami. Lepsze to niż nic. Choć dużo by dał, żeby mieć przy sobie rękawicę do pozbawiania mocy.
Weszli w ciemny las. Słomiński wydał się Frankowi wręcz nienaturalnie spokojny. On sam wszedł w tryb wzmożonej czujności. Odwracał się na niemal każdy głośniejszy dźwięk w pobliżu. Wziął kilka głębszych oddechów. Nie mógł sobie pozwolić na zmęczenie jeszcze przed konfrontacją ze sprawcą całego zamieszania. Czuł się trochę tak, jakby swą zwykłą pewność siebie zostawił w domu. Najwyraźniej ostatnie miesiące kiedy nic się szczególnego nie działo trochę go zmiękczyły.
W końcu dostrzegli niewyraźne światło wśród drzew. Na środku niewielkiej polany stała prostokątna buda z ogromną anteną nadawczą obok. Succub wylądował z gracją i wszedł do środka. Franek i Daniel schowali się w krzakach nieopodal i obserwowali. Nic więcej się nie wydarzyło.
- Jakiś plan? - spytał Daniel. - Leon mówił, że masz doświadczenie w takich akcjach – dodał sarkastycznie. - Franek? - odwrócił się, gdy nie dostał żadnej odpowiedzi.
Kowalewski wyszedł z krzaków i podszedł do budynku. Słowiński zaraz podbiegł do niego. Franek rozluźnił mięśnie, odetchnął głęboko i szarpnięciem otworzył drzwi. W pomieszczeniu stało jedno samotne krzesło obrotowe na którym siedział człowiek w kapturze. Pod ścianą stała maszyneria nadawcza jaką spotyka się w radiostacjach. Na dźwięk otwieranych drzwi zakapturzony odwrócił się w ich stronę.
- Z pozdrowieniami od pewnego succuba! - zawołał Franek, przyspieszył, i z rozpędu uderzył siedzącego pięścią w twarz, przewracając go razem z krzesłem. Słowiński stanął w drzwiach i tylko patrzył zdziwiony. Nawet on nie był tak lekkomyślny. Zauważył, że stojący z boku demon w ogóle nie zareagował. Najwyraźniej nadal była pod wpływem nadawanego zaklęcia.
Mężczyzna otrząsnął się i powoli wstał. Zsunięty kaptur odsłonił starą, pomarszczoną twarz z rzadką siwą brodą i nielicznymi, niemalże białymi włosami. Przez cały czas nie wydał z siebie żadnego głosu. W milczeniu masował sobie szczękę.
- Coś ty za jeden? - spytał Franek. Przyglądał się nieznajomemu z mieszaniną zdziwienia i podejrzliwości.
- Ja – powiedział starzec niespodziewanie mocnym głosem. - Jestem Światowid, bóg tej krainy – jego przygarbiona postawa zupełnie nie pasowała do tonu, jakim to wypowiedział.
- Światowid? - wykrztusił Kowalewski. Była to chyba ostatnia odpowiedź, jakiej się spodziewał.
Przez pokój przetoczył się trzask i w succuba uderzyła kula, która rozwinęła się w siatkę. Franek odwrócił się w stronę drzwi. Zobaczył uśmiechniętego od ucha do ucha Daniela. - To tak na zaś – powiedział.
- Dobra – chłopak zwrócił znowu do samozwańczego boga. Tak od razu to mu nie uwierzył. - Do tego twojego bycia Światowidem to ja przekonany nie jestem. Ale przede wszystkim, powiedz mi jedno. Co ty w ogóle robisz?
Światowid westchnął. Podniósł krzesło. - Pozwolisz – powiedział siadając. - Lata już nie te... - przerwał na chwilę, jakby zbierał siły. - Jak pewnie wiesz – zaczął gawędziarskim tonem. - Żeby bóg żył, potrzebuje wiary. Więc teraz zastanów się, co się dzieje z bogiem, którego nikt nie pamięta?
- Znika?
- Otóż to – uśmiechnął się smutno. - Przestaje istnieć. Obraca się w niebyt. Chyba, że sięgnie po...
trochę drastyczniejszy sposób na przedłużenie swej egzystencji.
- Ludzkie dusze – mruknął Franek. Słyszał o tym kiedyś. Chyba nawet od Lust. Kiedyś zbierała dusze dla jakiegoś starego boga, chyba egipskiego. Żadko opowiadała o swojej przeszłości, dlatego utkwiło mu to w pamięci. - Więc wysyłałeś succuby, żeby zbierały dla ciebie dusze, żebyś ty sobie moc przywrócił, czy coś tam... tak?
Starzec tylko kiwnął głową. - Odzyskiwanie sił to powolny proces – powiedział. - Jak widzisz, mimo iż trochę już to trwa, nadal jestem cieniem dawnego siebie... Ty zaś pewnie przyszedłeś zakończyć moje działania.
- Generalnie tak. Jest tylko jeden problem – rzucił kwaśno chłopak. Wskazał na Daniela, który przyglądał się succubowi. Dziewczyna straciła przytomność. Młodzieniec rozplątał sieć i delikatnie próbował ściągnąć z niej koszulkę. Franek zgromił go wzrokiem. Dzieciak odsunął się od demona i uśmiechnął niewinnie. - Przez tego gówniarza nie mam przy sobie nic, co mogłoby ci zaszkodzić. A oczywistym jest, że gołymi rękami boga, zakładając, że rzeczywiście nim jesteś, nie zabiję.
Światowid uśmiechnął się szeroko, w oczach pojawił się blask jakby nadziei.
- To wcale nie oznacza, że ci odpuszczę – dodał chłopak. Starzec natychmiast jakby zgasł.
- To co zamierzasz zrobić? - spytał.
Kowalewski nie odpowiedział. Szczerze mówiąc nie zastanawiał się nad tym, co zrobi, kiedy znajdzie odpowiedzialnego za hipnozę demonów. Tym bardziej nie brał pod uwagę, że zamieszany w to może być jakiś bóg. Uznał, że winnym wszystkiego musi być jakiś człowiek. W całą sprawę zaangażował się dlatego, że dotyczyło to też Lust. Gdyby nie ona, możliwe, że jeszcze przez długi czas w ogóle się o tym wszystkim nie dowiedział. Co tak naprawdę interesuje go jakiś wariat hipnotyzujący succuby? No, chyba, że taki szaleniec postanowił zrobić sobie armię...
- Ja wiem, co można zrobić – kobiecy głos przerwał rozmyślania Franka. Spojrzał na drzwi. Stała w nich dziewczyna na oko w jego wieku. Miała na sobie ciemną bluzę z kapturem i ciemnozielone bojówki. Szare oczy zdawały się spoglądać na świat z zimną obojętnością.
- Zrobimy z ciebie nowego boga – powiedziała wymijając chłopaka i stając nad starcem.
- To tak się da? - spytał Franek.
- A pewnie, że się da – dziewczyna jakby dopiero teraz zwróciła uwagę na jego obecność. - Bogowie rodzą się z ludzkich życzeń. Wystarczy więc życzyć sobie czegoś od Światowida.
- To nie może być takie proste... - mruknął chłopak.
- A mamy inne wyjście? - spytał Daniel. Stanął obok dziewczyny. - Tylko musi obiecać, że będzie grzeczny. Inaczej mogę bardzo uprzykrzyć mu życie – spojrzał na Światowida z jadowitym uśmiechem.
Kowalewski westchnął tylko bezradnie. Cała ta sprawa odbywała się jakby bez jego udziału. - Rozumiem, że w takim razie masz jakieś życzenie? - zapytał.
- Mam – powiedziała nieznajoma. Stanęła nad starcem, złożyła ręce jak do modlitwy i klasnęła trzy razy. - Chciałabym, aby jako patron tego miejsca Światowid dalej prowadził nocną audycję – powiedziała. Odwróciła się do Franka. - Gotowe. Ale w sumie jak już tu jesteś, to też mógłbyś o to poprosić.
- Dzięki, ale nie. Zresztą, nie widzę żeby coś się zmieniło – odparł sarkastycznie.
- A ja też tak chcę – zawołał Daniel. Też złożył ręce i klasnął trzy razy. - Żeby nocne radio było wieczne, i nigdy nie brakowało dobrej muzyki!
Oślepił ich jasny błysk białego światła. Gdy znów widzieli, na miejscu Światowida siedział młody chłopak w bluzie z kapturem i słuchawkami zarzuconymi na szyję. - Siema – powiedział szczerząc się od ucha do ucha.
- A to co to ma być? - palnął Franek.
- Reinkarnacja boga – odparła dziewczyna. - Ponieważ był zapomniany, jego dotychczasowa postać nie miała większego znaczenia. Padło nowe życzenie, od jego jedynych „wiernych”, więc się jakby narodził na nowo. Przynajmniej ja to tak rozumiem – dodała na koniec mniej pewnie. - To by było na tyle – odwróciła się i wyszła z budki. Daniel natychmiast ruszył za nią.
- Chyba rzeczywiście tyle... - bąknął Kowalewski. Stał zmieszany, nie będąc pewnym co robić. - W tej postaci nie będziesz już wykorzystywał succubów, co?
- A co, wcześniejszy Światowid tak robił? - spytał odmłodzony bóg.
- Nic nie pamiętasz? - zdziwiał się chłopak. - Ostatnich dni? Zbierania dusz za pośrednictwem dziewczyn takich jak ta? - wskazał na demona leżącego obok. - Tego, jak cię walnąłem?
Światowid tylko pokręcił głową. - Nic a nic – powiedział.
Franek wzruszył ramionami i wyszedł. Nie pozostało tu już nic więcej do roboty. Rozejrzał się za Danielem i ruszył za nim. Młodzieniec podążał za dziewczyną.
- Jak nas znalazłaś? - dopytywał się.
- Przez radio w telefonie – odpowiedziała. W jej głosie słychać już było lekkie poirytowanie.
- Radio w telefonie dużo by ci nie pomogło...
- Wystarczyło namierzyć, skąd pochodzi sygnał na danej częstotliwości. W połączeniu z GPS nie było to takie trudne. Odpowiednia aplikacja łącząca obie funkcje i po sprawie.
- Taka aplikacja nie istnieje.
- Sama sobie napisałam.
Daniel aż się zatrzymał. Franek musiał go popchnąć, żeby ruszył dalej.
- Czemu ja na to nie wpadłem?! - zawołał płaczliwie.
- Boś durny – skwitował Kowalewski. - Chodź do domu cię odwiozę. Ej! - zawołał za nieznajomą brnącą dalej w krzaki przed siebie. - Może też chcesz? Do miasta trochę się idzie.
Dziewczyna przystanęła, w końcu odwróciła się i wróciła do nich. - No dobra – powiedziała cicho. Razem ruszyli do samochodu. Czekał na nich tam gdzie go zostawili.
- Masz jakieś imię? - spytał Franek odpalając silnik.
- Klaudia – odparła niechęnie. - Możesz mnie po prostu podrzucić na grunwald?
- Przez ciebie niczego się od Światowida nie dowiedziałem – rzucił chłopak. Wyjechał z lasu i skierował się do miasta. Zerknął w górnym lusterku na pasażerkę. Naciągnęła kaptur i wpatrzyła w mrok za oknem. - Nie sądzisz, że warto byłoby wiedzieć, skąd wziął się tu nagle bóg sprzed ponad dwudziestu wieków?
Nie doczekał się żadnej odpowiedzi. Resztę trasy przejechali w milczeniu.
Przejechali uśpione miasto. Korzystając z pustych ulic Franek podjechał na przystanek tramwajowy przed Pasażem Grunwaldzkim. - Koniec trasy – powiedział. - Dziękujemy za skorzystanie z naszych usług i polecamy się na przyszłość – odwrócił się i uśmiechnął. Dziewczyna prychnęła i wysiadła z samochodu.
Pod wpływem nagłego natchnienia Kowalewski otworzył schowek obok tablicy rozdzielczej. Znalazł nieduży kawałek kartki i długopis. Nagryzmolił na nim swój numer telefonu najczytelniej jak umiał i wyskoczył z auta. - Ej... Klaudia! - zawołał za nieznajomą. Podbiegł do niej i wręczył papierek. - To tak na zaś, jakbyś kiedyś ponownie trafiła na jakieś cudactwo jak Światowid w lesie. Mam z tym do czynienia na co dzień – mruknął w ramach wyjaśnienia. Dziewczyna nic nie powiedziała. Schowała kartkę i poszła w swoją stronę. Chwilę patrzył za nią, w końcu wrócił do auta.
- To teraz trzeba odwieźć ciebie – powiedział do Daniela. Zerknął na chłopca. Spał w najlepsze. - Też bym tak chciał – mruknął. Ponownie odpalił silnik.


* * *

Leon siedział oparty o ścianę ciężko dysząc. Jego koszulka była w strzępach. Dwa samochody płonęły po oberwaniu kulą ognia rzuconą przez Lust. Kiedy Wakowski okazał się odporny na succubową magię, demon postanowił po prostu go zabić. Obecnie leżała tuż obok niego. W pewnym momencie po prostu straciła przytomność. Zapewne zaklęcie puszczane przez radio przestało działać. To go uratowało. Czekał teraz, aż dziewczyna się obudzi.
Doszła do siebie dopiero około świtu, kiedy pierwsze promienie słońca oświetliły dachy wrocławskich domów. Wydała z siebie jęk skacowanego studenta po całonocnej libacji i spróbowała się podnieść. Leon podtrzymał ją zanim walnęła głową o chodnik.
- Co się dzieje? - wychrypiała.
- Straciłaś przytomność, gdy zaklęcie puściło – wyjaśnił. - Wygląda na to, że Franek załatwił sprawę.
Uśmiechnęła się blado. Musiała być wykończona. Spojrzała na zniszczone samochody. - To ja? - spytała.
- No. Przez dobrą godzinę próbowałaś mnie zabić.
- Przepraszam – mruknęła.
- Luz – odparł. Pomógł jej się podnieść. - Nie pierwszy raz musiałem sobie poradzić ze wściekłą kobietą – rzucił beztrosko. - Chociaż jesteś pierwszą, która miotała kulami ognia – wzdrygnął się na myśl, co by było, gdyby taką dostał. - Dasz radę iść?
Dziewczyna spojrzała na niego i pokręciła głową. - Nie – powiedziała. - Musisz mnie zanieść.
Chłopak westchnął i wziął ją na ręce. - Trochę stąd jest do Franka – poskarżył się. - Będziesz mi wisieć przysługę.
- Na pewno dojdziemy do porozumienia – powiedziała słodkim głosem. Zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała. Przeszedł go lekki dreszcz podniecenia.


Jeszcze nigdy nie maszerował tak szybko do domu.